Irańczycy wybierają prezydenta

Przylatując do Iranu trafiłam w sam środek kampanii wyborczej. Polityczne napięcie wisiało w powietrzu i nie dawało się go ignorować. Właściwie niezależnie czy spotkałyśmy się ze znajomymi Niloufar na kampusie Uniwersytetu Teherańskiego, czy jechałyśmy minibusem przez kompleks pałacowy Sa'd Abad, czy utknęłyśmy samochodem w korku z powodu wiecu wyborczego w Isfahanie, żywe i bezustanne dysputy polityczne towarzyszyły nam na każdym kroku. 


W Iranie ważyły się losy jego przyszłości, a obserwowanie emocjonalnego zaangażowania tamtejszego społeczeństwa w bieżącą politykę było niezwykle absorbujące. W którym kierunku pójdzie ten potężny gracz na Bliskim Wschodzie? Czy wybierze bardziej pragmatyczne rozwiązanie, zapewniające pewną swobodę obyczajową i więcej otwartości na zewnętrzny świat, czy odizoluje się od niego i narzuci bardziej ortodoksyjne reguły społecznego współżycia za cenę socjalnych obietnic? Te pytania dosłownie spędzały sen  z powiek jego obywatelom. 

Formalnie do wyborów stanęło sześciu kandydatów, choć realnie walka o fotel prezydencki toczyła się pomiędzy dwoma - Hassanem Rouhanim (w rzeczywistości pragmatykiem, aczkolwiek wspieranym przez reformatorów), który ubiegał się o reelekcję i duchownym Ebrahimem Raisim, reprezentującym konserwatystów, byłym członkiem tzw. Komisji Śmierci w 1988 (skazującej więźniów politycznych) i rzekomo bardziej preferowanym przez Wielkiego Przywódcę Khameneiego.


Billboard z urną wyborczą przypominający Irańczykom o oddaniu głosu 

Kandydaci prezentowali dwie zupełnie różne wizje Iranu, co było widoczne jak na dłoni, kiedy późnym wieczorem w Isfahanie, trafiłyśmy na wiece wyborcze. 

Rouhani doprowadził do podpisania porozumienia atomowego ze światowymi mocarstwami zasiadającymi w Radzie Bezpieczeństwa ONZ i Niemcami, co miało doprowadzić do stopniowego znoszenia sankcji. Stara się nieco rozluźnić stosunki z Zachodem i zapewnić pewne swobody obyczajowe oraz gospodarcze. Przeciwnik zarzucał mu, że reprezentuje wyłącznie elity (co było znamienite, głównie prowadził kampanię w mediach społecznościowych), a nie "zwykłych Irańczyków" i że poprawa sytuacji gospodarczej postępuje zbyt wolno. Kolorem kampanii wyborczej Rouhaniego był fioletowy. Jego elektorat zbierał się na ulicach z balonami i gadżetami w tym kolorze, wykrzykując żywo słowa wsparcia, tańcząc i trąbiąc z obklejonych plakatami wyborczymi samochodów.

Zwolennicy Rouhaniego, nie ma wątpliwości



Wiece konserwatystów były bardziej poważne. Przy platformie stały wysokie flagi Iranu, leciała patetyczna muzyka. Kobiety w czadorach trzymały kartonowe tablice na których wypisane były ostrzeżenia przed zagrożeniami, jakie czyhają na Iran po wyborze Rouhaniego. Mężczyźni wrzucali przez okna samochodów ulotki. W pewnym momencie podszedł do naszego samochodu jeden z nich z zawieszonym kartonem na szyi. Niloufar powiedziała mi, że na kartonie jest w manipulacyjny sposób przetłumaczony fragment Programu dla Edukacji 2030 UNESCO, który Iran odmówił przyjąć. Według niego, został on przygotowany pod wpływem zachodnich mocarstw i jest wbrew religijnym wartościom Iranu (m.in "seksualizuje" dzieci). Ali Reza (znajomy Niloufar z Isfahanu), który siedział za kierownicą naszego samochodu, wpadł z ów zwolennikiem Raisiego w ostrą dyskusję. Niloufar się przyłączyła. Musieliśmy zjechać na bok i włączyć światła awaryjne, bo dysputa ciąnęła się przez 40 minut, a była już 2:00 w nocy. Ja oczywiście nie rozumiejąc ani słowa, byłam totalnie pochłonięta każdą ich reakcją i zmianą tonu głosu, bo mimo poddenerwowania, sprzeczka toczyła się w stonowanej atmosferze. Nie krzyczeli, nie wcinali się sobie nawzajem w zdanie. Miało się wrażenie, że naprawdę mimo tego, że to bardziej niż oczywiste, iż nie znajdą porozumienia, to chcą wysłuchać argumentów drugiej strony. Jak odjeżdżaliśmy Niloufar narzekała, że temu mężczyznie brakowało podstawowej wiedzy na temat sytuacji geopolitycznej, przez co ciężko było mu cokolwiek wytłumaczyć (na przykład, według Niloufar, nie znał takiego państwa jak Korea Północna). Ali Reza i Niloufar, aby udowodnić mi hipokryzję kontrkandydata, pokazali mi w Internecie zdjęcia ze spotkania Raisiego z popularnym raperem, który podobno przez rok siedział w więzieniu za swoją działalność przestępczą i jest znany ze swoich wulgarnych wypowiedzi. Tłumaczyli, że spotkanie miało przekonać młodych ludzi do wsparcia Raisiego.


Wiec wsparcia Raisiego



20 maja 2017 r. nadszedł w końcu dzień wyborów. Frekwencja była tak wysoka, że ludzie stali w kolejkach, aby oddać swój głos (do wyborów wybrało się 73% uprawnionych do głosowania) i zaistniała konieczność wydłużenia godzin otwarcia lokali wyborczych do północy. 

Zwyciężył Rouhani zdobywając ponad 50% poparcie, unikając tym samym drugiej tury. Zagłosowało na niego 23,5 mln wyborców, a na kontrkandydata 15,8 mln. 

Tysiące Irańczyków wyszło na ulicę świętować wyniki wyborów. Gdyby ktoś nie był zorientowany w polityce, mógłby pomyśleć, że doszło do jakiegoś rewolucyjnego zwycięstwa albo że co najmniej ma miejsce jakiś ogromny festiwal. Wraz z Niloufar i jej koleżankami wtopiłyśmy się w tłum. Samochody stawały w miejscu, a ich właściciele porzucali je do 4:00 rano, gdyż nie było możliwości nimi gdziekolwiek się ruszyć. Służby bezpieczeństwa postawiły bramki wzdłuż głównych ulic, gdyż tłum był w nieokiełznanej euforii. Ludzie puszczali petardy, otwierali bagażniki z których dobiegała muzyka i tańczyli, rozdawali balony, klaskali, wymachiwali fioletowymi gadżetami, wdrapywali się na samochody wykrzykując polityczne hasła, skandowali i śpiewali. Radość tych ludzi była niezmierzona. W końcu byli przekonani, że swoimi głosami, wywalczyli sobie większą wolność w porównaniu do tego co by ich czekało w alternatywnej rzeczywistości...









   
       

  

Komentarze

Popularne posty