Ulice Teheranu

W czasie pobytu w Teheranie, zatrzymałam się u mojej przyjaciółki Niloufar, która mieszka na północy miasta, u podnóża masywu górskiego Elbrus. Północ, mniej zanieczyszczona, to bogatsza część miasta, co nietrudno zauważyć. Problem smogu to strapienie tamtejszych mieszkańców. Teheran jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych miast świata. W dużej mierze powodem są samochody. W mieście mieszka ponad 12 mln ludzi i większość porusza się samochodami prywatnymi albo taksówkami, stąd potężne korki uliczne. W zależności od numeru tablicy rejestracyjnej, samochodem można jeździć w określone dni.

Transportem publicznym przemieszczałam się po mieście na dwa sposoby – albo taksówkami albo metrem. Taksówek po Teheranie jeździ masę (podobno jest ich 5 razy więcej niż w Nowym Jorku) i nietrudno je złapać. Taksówkarze sami zwalniają i trąbią widząc stojącego przy ulicy pieszego. Do tego taksówki są dosyć tanie. Licencjonowane  mają kolor żółty i zielony. Korzystając z nich ograniczamy ryzyko oszustw i potencjalnego niebezpieczeństwa. Oczywiście zwykle płacimy więcej niż Irańczycy, bo jesteśmy turystami-frajerami. Nie należy tego jednak za bardzo brać do siebie, bo przejazd taksówką kosztuje około 10 – 20 tys. riali za 1 km. Wiele zależy od tego, czy dołączamy do taksówki w której już siedzą jacyś pasażerowie – wtedy koszt przejazdu się dzieli, a cenę na koniec poda nam taksówkarz.

Innym rozwiązaniem jest aplikacja Snapp, będąca odpowiednikiem Ubera, który nie funkcjonuje na terenie Iranu z powodu amerykańskich sankcji. Za jazdę można zapłacić gotówką. Dodatkowo w ramach Snappa funkcjonuje tzw. usługa “women-only”, która zapewnia, że podwiezie nas kierowca-kobieta.


Osobiście nie korzystałam z tej opcji i szybko zrezygnowałam z taksówek na rzecz metra, które jest bardzo estetyczne, tanie, rozbudowane i dociera wszędzie gdzie turysta może zapragnąć. Składa się z 7 operujących już linii, z czego 3 są jeszcze poszerzane o kolejne stacje na Zachód. Jednorazowy bilet, który umożliwia nam dowolne przesiadanie się z jednej linii do drugiej, kosztuje śmieszne pieniądze, ok 1 000 tomanów (czyli 10 000 riali). W metrze jest też wagon dla kobiet. Można jeździć oczywiście w koedukacyjnych, chociaż ja lubiłam podróżować tym dla pań. Nie czułam konieczności wsiadania do niego z powodu potencjalnego niebezpieczeństwa, ale chętnie nim jeździłam dla przyjaznej atmosfery w gronie samych dam, które podchodziły do mnie i z ciekawości zadawały kilka pytań, upewniając się czy nie potrzebuję jakiś wskazówek.
Miejsce na peronie gdzie zatrzymuje się wagon przeznaczony wyłącznie dla kobiet


Mapa stacji teherańskiego metra


 Zejście na peron metra

Wejście na peron stacji Teatr-e Shahr

Handel kwitnie w subwayu



W transporcie publicznym, nigdy nie spotkały mnie żadne nieprzyjemności, a wręcz ogromna ludzka życzliwość. Często ludzie sami do mnie zagadywali, widząc samotną blondynkę próbującą coś wykminić z mapy. Mało tego, jeżeli nie znali odpowiedzi, zaczepiali innych albo dzwonili do znajomych, żeby się skonsultować.  Na koniec upewniali się kilka razy czy jeszcze jakoś mogą mi pomóc. Często też wychodzili z inicjatywą. Pewna kobieta w metrze zaprosiła mnie do swojego domku letniskowego pod Kashan, a kelner w kawiarnii zostawił mi swój prywatny telefon na stoliku, abym mogła skorzystać z jego hotspota.
Do pewnego stopnia jest to związane z ogromną serdecznością jaką Irańczycy okazują turystom, a po części ze zwyczajem “taroof”. “Taroof” to reguła normująca relacje społeczne, nakazująca w mniemaniu wielu, przesadną grzeczność. Często oznacza oferowanie pomocy czy przysługi przy założeniu, że “taroof” działa w dwie strony i druga osoba zdając sobie sprawę z tej zasady, równie uprzejmie odmówi. Nadużywanie czyjegoś “taroofu” jest po prostu niegrzeczne i turysta musi mieć to na uwadze. Sama Niloufar, kiedy spotykałyśmy się z jej znajomymi w Iranie, pouczała ich wesoło kiedy proponowali nam różnego rodzaju przysługi, żeby już dali spokój z tym “tarooofem”.
Pewnie nie raz jeszcze to podkreślę, ale w żadnym razie nie należy porównywać Iranu do doświadczeń turystycznych z niektórych krajów arabskich. Irańczycy mają zupełnie inną mentalność, poczucie tożsamości, maniery i podejście do religii, ale o tym innym razem. Wspominam o tym, aby uprzedzić, że w Iranie nie funkcjonuje zwyczaj dawania tzw. “bakszyszu”. Nikt nie będzie od nas oczekiwał, że wynagrodzimy mu drobną przysługę banknotem. Wystarczy zwykłe “dziękuję”. Raczej nie spotkamy się też z zaczepkami na tle seksualnym, które są plagą np. w Kairze. Kilka razy słyszałam, że zdarzają się pospolite kradzieże w postaci wyrywania torebek przez motocyklistów. Jak to mówią, ostrożności nigdy za wiele.
Na ulicach Teheranu spędzałam 8-10 godzin dziennie. Przyjechałam tam na ponad dwa tygodnie w maju, dość niespodziewanie, więc Niloufar w ciągu dnia uczęszczała na zajęcia z “commerce” na Uniwersytecie Teherańskim, albo miała lekcje pianina. Często łapała się za głowę śmiejąc się, kiedy opowiadałam jej moje przygody. Nie miałam telefonu z irańskim numerem, więc Niloufar dała mi karteczkę, na której napisała w języku farsi “Proszę pomóż tej dziewczynie i skontaktuj się ze mną” i poniżej podała swój numer telefonu. W kryzysowych sytuacjach wyciągałam ją z portfela i pokazywałam komuś na ulicy, kiedy potrzebowałam się zameldować Niloufar.
Ze znalezieniem kogoś, kto mówi po angielsku, różnie bywa. Młodzi ludzie przeważnie komunikują w tym języku. Mi trochę ułatwiało sprawę to, że umiem czytać i pisać po arabsku (perski ma kilka dodatkowych liter specjalnych), więc prościej mi było np. zamówić jedzenie i napoje o internacjonalnej nazwie albo zapytać o drogę, bo umiałam wypowiedzieć nazwy ulic. Nie śmiałam do Irańczyków próbować mówić po arabsku. Po pierwsze, i tak by nie zrozumieli, a po drugie, delikatnie mówiąc, nie przepadają za tym.
Zwiedzanie na własną rękę Teheranu pozwoliło mi prawdziwie poczuć puls miasta i doświadczyć teherańskiej codzienności przede wszystkim przez wchodzenie w interakcje z ludźmi.
Pewnego dnia, próbowałam dotrzeć do wieży telewizyjnej Milad, po raz pierwszy podejmując się jazdy autobusem. Postanowił mi pomóc miły grubasek z teczuszką. Wsiedliśmy do autobusu, a ja pochłonięta rozmową z nim, usiadłam na siedzeniu obok. Widząc jego skrępowany uprzejmy uśmiech, rozejrzałam się dookoła. Okazało się, że siedziałam wśród samych mężczyzn, a za bramką, mniej-więcej w połowie autobusu znajdował się przedział dla kobiet. “Powinnam się przesiąść?” – zapytałam. Nie chciał mnie wyganiać, więc bez przekonania pomachał głową. Usiadłam obok dwóch dojrzałych kobiet, które od razu zaciekawiły się skąd pochodzę i dokąd jadę. Kiedy dowiedziały się, że chcę dotrzeć do wieży telewizyjnej Milad, stwierdziły, że będę jechała tym autobusem okrężną drogą. Zaproponowały, abym wysiadła z nimi na najbliższym przystanku, to zadzwonią po siostrzenicę i podrzucą mnie tam samochodem. Myślałam, że jadą w tym samym kierunku. Na przystanek przyjechała po nas dziewczyna niewiele młodsza ode mnie i ku mojemu zaskoczeniu, zawiozły mnie w wesołej atmosferze pod samą wieżę, mimo że zrobiłyśmy parę dobrych kilometrów i jak się potem okazało, zupełnie nie było im to po drodze.


Innym razem, wysiadłam z metra i chciałam dotrzeć do ogrodów Negarestan. Zagadałam do jednego gościa przy stacji, ale nie potrafił mi pomóc, więc zaczepił innego przechodnia. Utworzyła się wokół nas spora gromada ludzi próbujących ustalić jak się tam dostać. W pewnym momencie podjechał na swoim gangsterskim motorze taki stereotypowy bad boy w okularach przeciwsłonecznych, poklepał siedzenie swojego pojazdu z szerokim uśmiechem i kazał mi wsiadać, bo on wie jak tam się dostać i zaproponował, że mnie podrzuci. Wiem, że to nie było zbyt roztropne z mojej strony, ale poczułam zew przygody na myśl o jechaniu ulicami Teheranu na rozpędzonym gangsterskim motorze. Jak to śpiewała Julia Michaels - "They say, all good boys go to heaven, but bad boys bring heaven to you". “Raz kozie śmierć!” – pomyślałam i wsiadłam. Gangster-dżentelman podrzucił mnie pod samą bramę ogrodów, jeszcze kilka razy upewnił się czy mi w czymś jeszcze nie pomóc i pocałował moją dłoń na do widzenia. To była przygoda! Ale nie róbcie tak! Niech Was ręka boska broni! To niebezpieczne!
Wycieczka szkolna


Studenci robią sobie selfiaczka świętując zakończenie studiów


 Pogaduszki dziewczyn na ławce przed pałacem Golestan


Ulica przed Muzeum Sztuki Współczesnej


Komentarze

Popularne posty