Wypad nad Morze Martwe
Na ostatnie dwa dni naszej podróży wylądowaliśmy nad Morzem Martwym. Hotele all-inclusive ciągnące się wzdłuż autostrady, gdzie dookoła nie ma nic oprócz pustynnego piasku, sprawiają wrażenia zakładu zamkniętego na jakimś odludziu. Z drugiej strony nie dla pluskania z pompowanym krokodylem w hotelowym basenie tutaj przyjechaliśmy!

Morze Martwe, którego lustro znajduje się w najniższym punkcie na Ziemi (ok. 433 m p.p.m.), wysycha w zastraszającym tempie i trzeba było spędzić tam trochę czasu, aby doświadczyć tego szokującego zjawiska.
Po drodze do naszej
zagrody plażowej (każdy hotel ma swój ogrodzony fragment) zdziwiliśmy się, że
tak daleko od brzegu morza wkopano altanki,
gdzie turyści mogliby odpoczywać na leżakach. Schodząc niżej w kierunku morza,
wszystko się wyjaśniło. Minęliśmy tabliczkę z napisem „tu w 2000 r. był poziom
wody”, a za chwilę kolejną – „tu w 2004 r. był poziom wody”.
Co ciekawe, największa
redukcja wody w Morzu Martwym miała miejsce w ostatnich 50 latach (aż 30%
powierzchni!). Spowodowało ją naturalne odparowywanie, zmiany klimatyczne i
nadmierna eksploatacja Jordanu przez Jordanię, Izrael, Palestynę, Liban i Syrię (dla uzyskania wody pitnej, do użytku domowego, przemysłowego i rolnego). Poziom wody obniża się
o ok. metr rocznie.
Warto przy okazji wspomnieć, że w Jordanii generalnie wody jest jak na lekarstwo. W publicznych miejscach, takich jak toalety przy atrakcjach turystycznych, wiszą tabliczki z prośbą o oszczędzanie tego życiodajnego płynu.
W hostelach i knajpach, po odkręceniu kurków, woda cieknie wąskim strumyczkiem. Nie dotyczy to oczywiście drogich hoteli nad Morzem Martwym, gdzie woda pod prysznicem tryska obficie. Woda butelkowana jest też droższa niż w Polsce (średnio za 1 L zapłacimy 1 JOD czyli około 5 PLN).
Woda w Morzu Martwym jest tak słona, że sprawia wrażenie oleistej (ok. 26% zasolenia). Z tego powodu ma niesamowitą wyporność. Turyści, kąpiąc się w Morzu Martwym, nie są w stanie stanąć w pionie i chętnie pozują do zdjęć jak unoszą się swobodnie na powierzchni czytając gazetę.
Silne zasolenie sprawia, że oprócz niektórych bakterii, nie ma w niej żadnych żyjątek. Ryba, która zabłądzi i wpłynie do Morza Martwego z rzeki Jordan, szybko umiera.
Atrakcją o
walorach terapeutycznych dla skóry jest smarowanie się bogatym w minerały
błotem. Można je pobrać z samego brzegu morza albo wielkiej bali przygotowanej przez
obsługę hotelową.
Co ciekawe, wielu
turystów-emerytów, szczególnie z Austrii i Niemiec, spędza w tych nadmorskich
hotelach z powodu błota po kilka tygodni (kiedy my już na drugi dzień
zaczęliśmy się nudzić jak mopsy). Przypuszczam, że albo musieli być bardzo
zamożni (1 noc w takim hotelu to ok. 500 zł) albo mieli sfinansowaną terapię
skórną przez system opieki zdrowotnej lub jakąś fundację.
Sama też nie przepuściłam
okazji, aby wysmarować się zdrowym błotkiem od stóp do głów, ale szybko musiałam się opłukać
pod natryskiem, bo zaczęło mocno szczypać.
Hotele sprzedają też
kosmetyki na bazie tamtejszego błota lub błoto w czystej postaci sprzedawane na
worki, za co słono trzeba zapłacić.
Jeżeli znudzi Wam się lenistwo na plaży i nad hotelowym basenem, nie będziecie mieli zbyt wielu innych miejsc, gdzie moglibyście przejść się na piechotę.
Z hotelu można pojechać około 22 km do Bethany - miejsca chrztu Jezusa nad rzeką Jordan - i około 30 km do
Góry Nebo, gdzie Mojżesz ujrzał Ziemię Obiecaną. My wybraliśmy się do Muzeum
Morza Martwego (oddalonego od kompleksu hotelowego o ok. 18 km), które
serdecznie polecam. Można tam dużo się dowiedzieć o zanikaniu Morza, jego
zasoleniu, faunie, florze, minerałach i historii z nim związanej. Dodatkowo
jest tam przyjemna restauracja i piękny taras widokowy na rozciągające się po horyzont morze.
Jeżeli nie
zdecydowaliście się na wynajem samochodu nad Morzem Martwym, ruszenie się
gdziekolwiek będzie niemałym problemem. My mieliśmy farta i złapaliśmy Ubera za
3 JOD z głównej drogi przy hotelu do Muzeum Morza Martwego, ale mieliśmy kłopot
z powrotem, bo Ubery tam nie jeździły, a taksówkarz żądał za swoją usługę 30
JOD (w końcu w dość pokrętny sposób wróciliśmy autostopem, co opisałam w poście
„Jak zaplanować objazdówkę po Jordanii?”).
Wypad nad Morze Martwe
jest warty rozważenia dla obserwacji zjawiska jakim jest jego wysychanie, ale
na to zdecydowanie wystarczą maksymalnie dwa dni. Dużym minusem jest poczucie
izolacji i przymus siedzenia w hotelu lub na zamkniętej plaży.
Morze martwe też dobrze zostawić sobie na sam koniec, jako chill out po ekscytujących przygodach na pustyni Wadi Rum i w Petrze 😊







Świetnie napisany artykuł. Mam nadzieję, że będzie ich więcej.
OdpowiedzUsuń