Latem 2020 r. z powodu pandemii odpuściliśmy sobie z bólem serca ekscytujące wyjazdy zagraniczne. Postanowiliśmy wykorzystać słoneczny sezon na naszą wspólną pasję, a mianowicie wyprawy rowerowe. Obydwoje jesteśmy zapalonymi sakwiarzami i nic nas tak nie relaksuje jak porządne zajechanie się na naszych trekkingach! Jak do tego dochodzi aspekt turystyczny, to wygrzewanie się na żwirowej plaży w Chorwacji wydaje się smutnym obowiązkiem!
Urlop trwał tylko trochę ponad tydzień, a ja miałam w głowie całą listę pomysłów, które miejsca w Polsce chciałabym odwiedzić... i na szczęście nie musiałam wybierać! Przejechaliśmy 5 województw (Lubelskie, Świętokrzyskie, Mazowieckie, Podkarpackie, Małopolskie) wzdłuż Wisły i Dunajca łącznie ok. 500 km w 6 dni jazdy. Nasza trasa częściowo pokrywała się z Wiślaną Trasą Rowerową, a od Nowego Sącza jechaliśmy do samego Zakopanego szlakiem rowerowym Velo Dunajec. Wyprawę rozpoczęliśmy na dworcu PKP w Puławach. Zatrzymaliśmy się na 2 dni w Kazimierzu Dolnym i wyruszyliśmy dalej do Sandomierza, a następnie do malowniczej wsi Zalipie. Kolejny postój zaliczyliśmy w Gródku na Dunajcem (jezioro Rożnowskie) i od Nowego Sącza trasą Velo Dunajec dotarliśmy do Pienińskiego Parku Narodowego i jeziora Czorsztyńskiego. Skończyliśmy w Zakopanem i już z buta wyruszyliśmy podbijać szczyty w Tatrach.
Nasza trasa:
Puławy - Kazimierz Dolny - Sandomierz - Zalipie - Gródek nad Dunajcem - Nowy Sącz, Stary Sącz - Szczawnica, Pieniński Park Narodowy - Niedzica-Zamek nad jeziorem Czorsztyńskim - Zakopane
Noclegi:
- dzień 1/2 - Kazimierz Dolny
- dzień 2/3 - Kazimierz Dolny
- dzień 3/4 - Sandomierz
- dzień 4/5 - Zalipie
- dzień 5/6 - Gródek nad Dunajcem
- dzień 6/7 - Przysietnica (kilka km pod górkę od Starego Sącza)
- dzień 7/8 - Maniowy (obok Niedzica-Zamek)
- dzień 8/9/10 - Zakopane
Przyznam szczerze, że w czasie wyprawy nie myślałam, że będę publikować o niej post, więc dokładną trasę odtworzyłam dopiero po powrocie ze współrzędnych ze zdjęć (a nie zawsze mieliśmy włączony GPS) 😜
Dzień 1. i 2.
Puławy - Kazimierz Dolny (20 km)
Na dworcu Wschodnim w Warszawie zapakowaliśmy się z rowerami trekkingowymi i sakwami do pociągu EIC i za 2 godziny wysiedliśmy w Puławach. Pierwszy dzień był dla nas rozgrzewkowy i nie wliczaliśmy przejazdu do Kazimierza Dolnego do puli kilometrów na naszej trasie. Zaplanowaliśmy, aby 2 dni pozwiedzać to romantyczne, urocze miasteczko i dopiero wtedy pocisnąć w pedał. Przy okazji wysiadki z pociągu w Puławach, zaliczyliśmy XVIII-wieczny park z pałacem Czartoryskich nad wiślaną skarpą. Najbardziej przykuwającym uwagę punktem w parku w Puławach jest Sybilla - pierwsze muzeum narodowe w Polsce założone przez Izabelę Czartoryską. Wygląda jak antyczna świątynia.

Po objechaniu parku Czartoryskich w Puławach wyruszyliśmy wzdłuż Wisły w kierunku Kazimierza. Jechaliśmy wzdłuż wału po kostkowanej ścieżce mijając pola uprawne i w niektórych punktach pokonując przeszkody terenowe. Dla mnie atrakcją były pojawiające się co parę kilometrów wysokie, tańczące na wietrze witki chmielu. Co chwilę witaliśmy się z uczestnikami wyścigu Wisła 1200, którzy pedałowali w pocie czoła w przeciwnym kierunku.



Do samego Kazimierza Dolnego dostaliśmy się przez wąwóz Korzeniowy Dół, od ulicy Góry. Na samym wejściu zaatakowały nas z wilgotnych krzaków wygłodniałe, krwiożercze komary, które wykorzystały naszą patową sytuację. Musieliśmy z całych sił pchać rower z sakwami po lessowym, śliskim podłożu pod górę i nie mieliśmy więcej kończyn, aby się klepać. Na wzniesieniu przebijaliśmy się przez polną ścieżkę, gdzie z obydwu stron obijały się o nas pęki dojrzewających czereśni, zdobiących drzewa niczym biżuteria. Potem już tylko MTB pełną gębą! Lekko hamując, prawie jak na sankach, przejechałam cały wąwóz trekkingiem na rowerze. Mój Narzeczony obawiał się takiego zuchwalstwa z powodu mniej żłobionych opon i wolał bezpiecznie sprowadzić swój rower 😏


Zarezerwowaliśmy nocleg na ulicy Doły pomiędzy wąwozem Korzeniowym a rynkiem. Zostawiliśmy nasze trekkingi zamknięte na kłódkę w kotłowni u gospodarzy i skierowaliśmy się do wąwozu, przy którym znajduje się powszechnie polecana knajpa Przystanek Korzeniowy. Klubojadalnia o klimacie strychu na poddaszu okazała się rzeczywiście rewelacyjna - nie tylko ze względu na niebanalny wystrój, ale też oryginalne dania. Restauracja serwuje każdemu znane polskie przysmaki, ale wzbogacone o nutkę azjatyckich przypraw korzennych i w efekcie wychodzi coś w pokręcony sposób przepysznego! My posililiśmy się wyśmienitymi okonomiyakami (plackami z kimchi), ciekawie przyprawioną kiełbachą w bule z piklowanymi cukiniami (choripan) i makaronem stir fry z warzywami i jakimiś tajemniczymi dodatkami. Do tego degustowaliśmy kawy i herbaty tak aromatyczne, że do tej pory pamiętamy ich smak.
Po posileniu się wyruszyliśmy Dołami w kierunku starówki, mijając taką uroczą chałupkę w mchu do wynajęcia.
Budynek, który w pierwszej kolejności rzucił nam się w oczy kiedy wkraczaliśmy na rynek, to Kazimierski Ośrodek Kultury, Promocji i Turystyki - XVII-wieczny dawny szpital przy kościele św. Anny oraz przytułek św. Ducha w stylu lubelskiego renesansu.
Do Kazimierza Dolnego sprowadziło się sporo artystów, którzy prowadzą galerie przy starówce (m.in. ulica Lubelska i Senatorska). Ja zaliczyłam kilka z nich podziwiając malowidła, figurki, dzieła z ceramiki i szkła.
W obrębie małego rynku mieściła się dzielnica żydowska, o czym między innymi świadczy synagoga w stylu późnobarokowym z drugiej połowy XVIII w. W ścianie wmurowana jest tablica upamiętniająca Żydów mieszkających w Kazimierzu Dolnym, którzy zginęli w czasie II wojny światowej.

Brukowy rynek jest sercem Kazimierza Dolnego. Możemy na nim znaleźć dobrze zachowane kamienice m.in. Celejowska i Przybyłów z XVII w. (pod św. Mikołajem i Krzysztofem - płaskorzeźby patronów właścicieli ozdabiają jej górną fasadę). Na samym środku stoi pocztówkowa studnia miejska z początku XX wieku.
Przy ulicy Senatorskiej znajdziemy Starą Łaźnię miejską z wmurowaną tablicą "Zakład Kąpielowo-Dezynsekcyjny wzniesiony przez Naczelny Nadzwyczajny Komisariat ds. Walki z Epidemiami, 1921". Obecnie budynek należy do stowarzyszenia Filmowców Polskich. W środku jest restauracja.
Z rynku doskonale widać czerwony dach kościoła Farny pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela i św. Bartłomieja Apostoła w stylu lubelskiego renesansu. Jest najstarszą świątynią w Kazimierzu.
Wzgórze Trzech Krzyży (nazwanie tego wzniesienia "górą" to lekka przesada 😉) znajduje się blisko rynku za kościołem Farny. Trzy krzyże na jej szczycie zostały postawione w 1708 r. i miały upamiętniać ofiary cholery. Ze wzgórza rozpościera się piękna panorama na rynek i Wisłę.
Stamtąd łatwo przedostać się do ruin zamku, który ufundował król Kazimierz Wielki. Powyżej zamku znajduje się 20-metrowa baszta z XIII w. na której szczyt można wejść po krętych schodkach. Wieża strażnicza także oferuje piękne widoki.
Oczywiście nie mogliśmy sobie odpuścić maślanego koguta z piekarni Sarzyński - pierwszego miejsca, gdzie zaczęto sprzedawać ten tradycyjny, kazimierski wypiek. Tylko dwa wzory koguta zostały zastrzeżony przez sąd patentowy w 2015 r., więc szkoda skusić się na te straganowe. Zaciekawił nas zaparkowany obok piekarni maluch w smerfastycznym kolorze z lodami w środku 😋

Herbaciarnia u Dziwisza na ul. Krakowskiej - miejsce ze swoją własną artystyczną duszą - to pierwszy założony tego typu lokal w Kazimierzu Dolnym po II wojnie. Wystrój jest zachwycający z dbałością o każdy szczegół - pełen pałacowych porterów, tapicerowanych foteli, zdobionych luster, witrażowych lamp i bibelotów.
Następnego dnia wybraliśmy się na 20-km trekking po wąwozach, sadach i polach zbóż we wsi Mięćmierz. Przeszliśmy przez wąwóz Plebanka i odbiliśmy w Głęboszczyznę z cmentarzem św. Jana u jej szczytu.
Potem spacerowaliśmy po wąwozie ul. Dębowe Góry i Albrechtówką doszliśmy do malowidła przedstawiającego inżyniera Jana Albrychta - właściciela kazimierskich kamieniołomów.
Następnie dotarliśmy do Mięćmierza oglądać starą studnię, chaty pokryte strzechą i drewnianą szalupę na samym brzegu Wisły. W 1939 r. transportowano nią wawelskie skarby, aby nie trafiły w ręce Niemców i aby wywieźć je do Kanady. Całość wygląda jak mały skansen i wprawia w nostalgiczny nastrój.
Kolejnym punktem naszej pieszej wycieczki był wiatrak Trzech Serc i stojąca przy prywatnej posesji urocza drewniana kapliczka.
Na koniec, trochę na około przez Dąbrówkę i ulicę Czerniawy dotarliśmy do Kwaskowego Dołu. Wąwóz robi magiczne wrażenie dzięki swojej głębokości i potężnym korzeniom, które wyglądają jakby trzymały drzewo na słowo honoru.
Dzień 3.
Kazimierz Dolny - Solec nad Wisłą - Ciszyca Górna - Maruszów - Sandomierz (100 km, ok. 7 godzin)
Z samego rana posililiśmy się maślanym kogutem z piekarni Sarzyński z dżemorem i naładowani energią wyruszyliśmy w 100-km trasę do Sandomierza. Mimo że wcześniej nie sprawdzaliśmy, jakie będą warunki jazdy i powierzchnia trasy, byliśmy zaskoczeni jak przyjemnie jechało się po asfaltowych drogach (przeznaczonych pod maszyny rolnicze) między polami i sadami, które często były oznaczone jako lokalne ścieżki rowerowe. Liczyliśmy, że przeprawimy się promem na drugą stronę Wisły na poziomie Kłudzie, ale nie dość, że zakopaliśmy się po kostki w błocie, to jeszcze okazało się, że nie jest czynny. Rzekę w końcu przekroczyliśmy mostem w Solcu nad Wisłą.
Kiedy pędziliśmy asfaltem przez wsie i lasy, mijaliśmy zadbane działki z licznymi drewnianymi ozdobami jak z bajki. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy małym muzeum wsi w Maruszkowie z zabawnymi lalkami usadzonymi na chałupie, płocie i studni.




Po ponad 7 godzinach dotarliśmy do Sandomierza.
Sandomierz położony na kilku wzgórzach był dla mnie sporym pozytywnym zaskoczeniem. Oznaczyłam go jako większe miasto na naszej trasie i w związku z tym wygodny punkt postojowy, nie mając wobec niego jakiś wielkich oczekiwań. Po dojechaniu okazało się, że sandomierski klimat rynku i winnica Dominikanów, która przeniosła nas do włoskiej Toskanii mimo panoszącej się pandemii, totalnie nas urzekły.
Głodni jak wilki, za rekomendacją właścicieli pensjonatu, przekierowaliśmy się do Starej Piekarni przy rynku. Piekarnia o piwniczno-rustykalnym wystroju, oprócz tego, że sprzedaje świeżo upieczone bochenki chleba, oferuje w swoim krótkim menu spore porcje przepysznych staropolskich dań. My rozsmakowaliśmy się w żurku z pajdą chleba i zlepieńcach czyli pieczonych pierogach z bułkowatego ciasta i z mięsnym farszem.
Jeden z punktów naszej wyprawy, który zapadł mi głęboko w pamięć i pozostawił przyjemne wspomnienia zeszłorocznego lata, to zdecydowanie winnica św. Jakuba w Sandomierzu. Znajduje się blisko rynku na jednym ze wzgórz. Degustując trunek Dominikanów wśród winorośli, zrelaksowani spoglądaliśmy na całą winnicę i zamek królewski w Sandomierzu. My niestety nie załapaliśmy się na zwiedzanie winnicy - wtedy obowiązywała wcześniejsza rezerwacja, a obecnie w związku z pandemią nie ma w ogóle takiej możliwości. Do wyśmienitego wina na deserek spróbowaliśmy tradycyjne sandomierskie bułeczki proziaki.




Posileni i w błogich nastrojach po dominikańskim winie, ruszyliśmy na rynek, gdzie na samym środku znajduje się ratusz z czerwonej cegły, dzwonnica i stara studnia. Spacerując nieśpiesznie mijaliśmy szeregi urokliwych kamienic. Dotarliśmy do Bramy Opatowej, domu Długosza, Pałacu Biskupiego, Ucha Igielnego i wielkiego pierścienia z krzemieniem pasiastym, który jest artystycznym pomysłem sandomierskiego wyrobnika biżuterii. Na rynku znajduje się też muzeum Ojca Mateusza - serialu, którego akcja odgrywała się w Sandomierzu.
Poza tymi atrakcjami, mając więcej czasu, można przejść się wąwozem świętej królowej Jadwigi i podziemną trasą turystyczną.
Na koniec naszej wizyty zasłużone kalorie - potężna porcja lodów z Sandomierskiej Manufktury 😝
Dzień 4.
Sandomierz - Tarnobrzeg - Baranów Sandomierski - Przykop - Sadkowa Góra - Szczucin - Zalipie (110 km, ok. 7 godzin 30 minut)
Mając w perspektywie 110 km jazdy rowerem, wyruszyliśmy z Sandomierza z samego rana. Trasa biegła przez liczne wsie z przerwą w Tarnobrzegu. Do miasta przeprawiliśmy się kładką na linach przez Wisłę z naszymi rowerami i paroma samochodami na pokładzie.
Od Tarnobrzegu zjeżdżaliśmy sobie jak na sankach ścieżką rowerową wzdłuż Wisłostrady mijając sztuczne palmy i żartując, że dopedałowaliśmy do Miami.
Żarty się skończyły, kiedy okazało się po paru kilometrach, że trwa budowa akurat tam gdzie mieliśmy odbić dalej w trasę i nie ma przejazdu. Musieliśmy się zawrócić i ciężko pedałować pod górę z powrotem w kierunku Tarnobrzega.
Zaryzykowaliśmy przejazd z prawej strony jeziora Tarnobrzeskiego. Trochę nas wytrzęsło na betonowych płytach kiedy przemierzaliśmy drogę przez krzaki, nie wiedząc co się czai za rogiem, ale szczęśliwie udało się stamtąd wydostać i wrócić na naszą trasę.
Przejechaliśmy kolejne wyasfaltowane wsie w nieznośnym żarze z nieba i temperaturze 30 stopni. Nawet krówki w Przykopie zdecydowały się dla ochłody pomoczyć kopytka. Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się pod betonowymi przystankami autobusowymi szukając cienia i pijąc ciepłą już wodę z bidonów.
Zbawieniem okazała się klimatyzowana pizzeria w Szczucinie, aczkolwiek tak jak zwykle mówi się, że "nawet niedobra pizza jest dobra", ta stanowiła wyjątek od reguły. To nie zmieniło faktu, że umieraliśmy z głodu, a że pizza była przeogromna to zapakowaliśmy ją w karton i zjedliśmy jeszcze na śniadanie w Zalipiu 😅
Na wieczór dotarliśmy do malowanego Zalipia. Wieś charakteryzuje się tym, że część budynków i ich wnętrz jest ozdobiona unikatowymi ludowymi wzorami kwiatowymi co czyni ją bardzo "instagramową" 😉 Pierwszy raz mignęła mi gdzieś w mediach społecznościowych i jak tylko zobaczyłam te przeurocze domki, dopisałam ją do listy miejsc gdzie koniecznie muszę dojechać rowerem. Dla mnie drugi zachwycający punkt na naszej trasie po winnicy św. Jakuba w Sandomierzu!
Pierwsze wzmianki o zdobieniu białych ścian malowanymi kwiatami we wsi Zalipie pojawiły się w prasie na początku XX w., a prawdziwy boom przypadł na czasy powojenne. Ten zwyczaj rozsławiła Felicja Curyłowa. Jej dom, już za życia artystki, był często odwiedzany i podziwiany z powodu swojego oryginalnego wystroju. Został zachowany w oryginalnej postaci i obecnie znajduje się w nim filia Muzeum Etnograficznego Oddziału Muzeum Okręgowego w Tarnowie (Zagroda Felicji Curyłowej). O konkretnych godzinach po Zagrodzie oprowadzane są małe grupy turystów.

Z góry uprzedzam, że nie wszystkie budynki w Zalipiu są zdobione w kwiatowe motywy. Jedne widać z daleka, innych trzeba poszukać. Bardzo pomocna przy tym może okazać się mapa przy domu Malarek, które kultywują tradycję zdobienia ścian w roślinne wzory i dbają, aby każdy z nich był unikatowy. Część budynków stanowi publiczną atrakcję do oglądania i swobodnie można wejść na ich teren, ale jest też kilka domów prywatnych zdobionych w tradycyjny sposób do podziwiania z poziomu ulicy.
Na nas szczególne wrażenie zrobiła chatka przed Domem Malarek, Zagroda Józefa Curyło, zagroda Bogusławy Miś i kościół, którego ołtarz, kolumny i ściany też zdobiły folklorowe kwiaty.
Doskonałym pomysłem jest objechanie wsi rowerem - odległości pomiędzy pomalowanymi budynkami są dość spore, więc pokonanie tych dystansów na piechotę jest dość czasochłonne.
My zatrzymaliśmy się w jedynym miejscu noclegowym we wsi, który jednocześnie stanowi atrakcję Zalipia - w przepięknym domku Gościna u Babci. Zalecam wcześniejszą rezerwację, bo dzięki temu, że przed wyjazdem zadzwoniliśmy do właścicielki, uprzedziliśmy inną parę, która przyjechała tam licząc, że zostanie na noc w Gościnie u Babci. Miejsce jest niesamowite, bo dzięki noclegowi mamy szansę pomieszkać w prawdziwym tradycyjnym zalipiańskim domku. Całe miejsce z podwórkiem było do naszej dyspozycji! 😊

Zalipie - Goruszów - Bobrowniki Małe - Zakliczyn - Tropie - Gródek nad Dunajcem (89 km; ok. 7 godzin 30 minut)
Do południa zwiedzaliśmy Zalipie rowerami. Nad wsią zaczęły się gromadzić ciemne chmury, a my mieliśmy przed sobą 88 km jazdy na rowerze. Pod względem pogodowym to był strasznie pechowy dzień. Nie dość, że lało jak z cebra, to jeszcze goniła nas rzucająca piorunami burza. Przemokliśmy do suchej nitki. Pedałując słyszałam jak mi chlupie woda w butach.
Wjechaliśmy na szlak Velo Dunajec na poziomie Goruszowa i dalej pędziliśmy wzdłuż rzeki (trasa Velo Dunajec wiodła nas przez kolejne dni naszej wyprawy aż do Zakopanego). Niestety, mimo sielskich widoków, bardzo wygodnego pod rower podłoża oraz przyjemnych zjazdów góra-dół, nie mieliśmy możliwości napawania się tym i robienia zdjęć. Do tej pory czasami gdy opowiadamy o tej wyprawie, zapominamy o tym odcinku 😓
Kiedy dotarliśmy nad jezioro Rożnowskie do miejscowości na skarpie Gródek nad Dunajcem, przebraliśmy się w ciepłe ubrania i grzejąc się w pomieszczeniu podziwialiśmy zamglony widok zza okna. Nie wspomnę, że w naszym pokoju przez mokre ciuchy pachniało jak w pralni. Smutny dzień dla rowerzysty.
Dzień 6.
Gródek nad Dunajcem - Wola Kurowska - Nowy Sącz - Stary Sącz - Przysietnica (40 km, ok. 3 godziny 20 minut)
Tym razem zaplanowaliśmy sobie krótszy przejazd, gdyż w programie mieliśmy dwa ważne z powodu turystycznego i demokratycznego punkty dnia. W Nowym Sączu chcieliśmy poświęcić kilka godzin na zwiedzanie skansenu i miasteczka galicyjskiego, natomiast do Przysietnicy, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg, musieliśmy zdążyć przed zamknięciem lokali wyborczych.
Pierwsze kilometry zrobiliśmy pchając nasze rowery pod górę. Widok na jezioro Rożnowskie był obłędny.
Do Nowego Sącza jechaliśmy po Velo Dunajec, który jest najlepiej przygotowaną trasą spośród tych, które do tej pory zaliczyliśmy w Polsce (Szlak wokół Tatr, Szlak Orlich Gniazd). Na szczególną pochwałę zasługuje odcinek Nowy Sącz - jezioro Czorsztyńskie. Spokojnie można się tam wybrać nawet z dziećmi.
Wjeżdżając do Nowego Sącza, od razu rzuciły nam się w oczy ruiny zamku królewskiego i baszty krakowskiej, wzniesionych za czasów Kazimierza Wielkiego.
Na rynku w Nowym Sączu, z poczuciem, że podbiliśmy kolejny cel naszej rowerowej trasy, daliśmy sobie chwilkę na zrobienie zdjęć ogromnego ratusza z wieżą. Spacerem przeszliśmy obejrzeć bazylikę św. Małgorzaty, pod którą trwał akurat mały jarmark. Przespacerowaliśmy się ulicą Jagiellońską - miłym deptakiem z licznymi knajpami i lodziarniami.
Kolejny punkt programu na który poświęciliśmy prawie 5 godzin jest Sądecki Park Etnograficzny z rozległym skansenem i miasteczkiem galicyjskim. Park oddalony jest od centrum Nowego Sącza o niecałe 4 km.
Sądecki skansen jest największym tego typu obiektem w Małopolsce. Na przestrzeni 20 ha zgromadzono kilkadziesiąt różnych budynków - od chłopskich zagród, przez XVII-wieczny dwór szlachecki po kościoły i cerkiew - prezentując kulturę różnych grup etnicznych i warstw społecznych Sądecczyzny.
Dla mnie hitem naszej wyprawy nr 3 po winnicy św. Jakuba i Zalipiu było miasteczko galicyjskie - rekonstrukcja małomiasteczkowej zabudowy dawnej prowincji monarchii austro-węgierskiej z przełomu XIX i XX wieku.
Brukowany rynek z kilkunastoma domkami, ratuszem, karczmą (gdzie akurat odbywały się poprawiny) i studnią w centrum przeniósł nas w czasie.
Każdy z domków odtwarza zakład pracy rzemieślników. Czekał w nich przewodnik, który z zaangażowaniem opowiadał nam jak wyglądała codzienność fotografa, szewca, krawca, fryzjera i cukiernika. Obejrzeliśmy wyposażenie ówczesnej apteki, remizy strażackiej i sklepu spożywczego.





W miasteczku galicyjskim w jednym z domków jest wystawa rzeźbiarzy-amatorów ze wsi Paszyn. Wiąże się z nimi ciekawa historia głuchoniemego, który chcąc odwdzięczyć się lokalnemu proboszczowi za jego dobroć, zanosił do kościoła figurki, które wystrugał przy pasieniu krów. Nie przypadły one do gustu gospodyni z plebanii, która od razu wrzucała je do pieca. Ksiądz natomiast zdecydował się w końcu wystawić je przy ołtarzu i obdarował jedną z nich biskupa, który przyjechał z wizytą do Paszyna. Inni mężczyźni ze wsi zachęceni tym przykładem, sami również zaczęli rzeźbić. Parafia stała się ośrodkiem kultury i miejscem spotkań twórców. Amatorskie figurki z drewna konkurowały o nagrody w konkursach i przyciągały znawców sztuki ludowej. Jak widać na zdjęciach często proporcje ciała nie są zachowane, niektóre wyglądają groteskowo, ale trzeba przyznać, że rzeźby z Paszyna mają swój urok 😇



Po Nowym Sączu dojechaliśmy do Starego Sącza, który jest własnością klasztoru Klarysek, założonego przez księżną św. Kingę w 1280 r. Zachowaną średniowieczną zabudowę rynku Starego Sącza uznano za rezerwat urbanistyczny w 1954 r.
Obeszliśmy rynek z każdej strony i posililiśmy się w sympatycznym ogródku pierogarni niedaleko klasztoru. Niestety, nie udało nam się zarezerwować noclegu w samym Starym Sączu i musieliśmy zboczyć z trasy na jedną noc. Przysietnica wydawała się być rzut beretem od tego miasta (6,5 km), ale pedałowania przez większość tego odcinka pod górę dało nam mocno w kość. Przynajmniej na ostatniej prostej do pensjonatu jechaliśmy z górki na pazurki, robiąc przystanek w szkole, aby w kasku rowerowym na głowie oddać głos w wyborach.
Dzień 7.
Przysietnica - Gaboń - Dąbrówka - Krościenko nad Dunajcem - Szczawnica - Pieniński Park Narodowy - Czerwony Klasztor - Sromowce Niżne - Sromowce Wyżne - Niedzica-Zamek (jezioro Czorsztyńskie) - Maniowy (75 km, 7 godzin)
Mój ulubiony odcinek wyprawy Kazimierz Dolny - Zakopane to zdecydowanie trasa od Przysietnicy (można pominąć i startować ze Starego Sącza) do jeziora Czorsztyńskiego! Obfitujący w górzyste widoki szlak doprowadził nas do Krościenka nad Dunajcem, a stamtąd odbiliśmy do uzdrowiska w Szczawnicy.
Miasto uzdrowiskowe Szczawnica jest położone na pograniczu Beskidów Zachodnich i Pienin i wygląda jak mały kurort narciarski w Szwajcarii.
W centrum zdroju znajduje się plac Dietla odzwierciedlający klimat XIX-wiecznej Szczawnicy. Polecam zrobić sobie przerwę na kawę i deserek w Cafe Helenka. Ciasto czekoladowe po tych paru kilometrach pedałowania to po prostu niebo w gębie 😚
Na placu Dietla znajduje się też Pijalnia Wód Mineralnych. Ja zamówiłam wodę Helenę. Helena jest stosowana w kuracji pitnej m.in. górnych i dolnych dróg oddechowych, otyłości i osteoporozy, więc miejmy nadzieję, że na coś mi pomogła. Mariusz wybrał Stefana i smakowała jak woda z Bałtyku.
Ten przejazd mógłby trwać jeszcze wiele kilometrów dłużej! Trasa przez Pieniński Park Narodowy, wzdłuż rzeki Dunajec po której spływały tratwy i kajaki, zachwyciła nas tak bardzo, że co jakiś czas zatrzymywaliśmy się chłonąć widoki na zalesione szczyty gór. Wielu wędrowców i rowerzystów upodobało sobie szczególnie jeden spot z którego wyraźnie było widać Trzy Korony.
Przez parę minut byliśmy na Słowacji. Zobaczyliśmy Czerwony Klasztor z 1330 r. Przejechaliśmy przez drewniany most w Sromowcach Niżnych i wróciliśmy do Ojczyzny. Potem mocno zalesioną ale świetnie przygotowaną pod opony rowerowe trasą Velo Dunajec wzdłuż rzeki pedałowaliśmy do samej Niedzicy-Zamku.
Na brzegach jeziora Czorsztyńskiego górują dwie ruiny zamków - średniowieczna warownia w Niedzica-Zamku i gotycki zamek Czorsztyn z XIV w.
Po dojechaniu do Niedzicy-Zamku, zabraliśmy nasze rowery na ostatnią odpływającą łódkę i przeprawiliśmy się przez jezioro Czorsztyńskie od jednej do drugiej ruiny.
Wokół jeziora Czorsztyn ciągnie się ukończona pod koniec 2019 r. przepiękna i kręta trasa Velo Czorsztyn (niestety pętla nie jest zamknięta z powodu braku zgody ze strony władz Pienińskiego Parku Narodowego). Mierzy około 30 km i poprowadzona jest blisko jeziora. Mieliśmy okazję przejechać jej fragment w drodze do Maniowego, gdzie zarezerwowaliśmy sobie nocleg.
W samym Maniowym nie ma zbyt wiele atrakcji, ale to co zdecydowanie mogę polecić to wędzarnia Markowa Zagroda. Pstrągi w kilku wydaniach palce lizać, wspaniałe zapachy z drewnianej knajpy i do tego relaksujący outdoorowy klimat!
Dzień 8.
Maniowy - Nowy Targ - Szaflary - Gliczarów Dolny - Poronin - Zakopane (47 km, ok. 3 godzina 40 minut)
Wyruszyliśmy w kierunku naszej ostatniej destynacji - do Zakopanego! Objechaliśmy fragment jeziora Czorsztyńskiego i pedałowaliśmy wzdłuż rzeki zgodnie z drogowskazami Velo Dunajec. Ostatniego dnia zaplanowaliśmy krótszy przejazd (niecałe 50 km), bo chcieliśmy skorzystać jeszcze ze światła słonecznego i zawędrować tego samego dnia w Tatry 😊
Przy ścieżce rowerowej na brzegu Dunajca napotkaliśmy stado owiec pasących się na trawie pilnowanych przez dwa zdyscyplinowane psy. Ku naszemu zaskoczeniu jedna z nich oddaliła się od stada. Szybko wyjaśniło się dlaczego - byliśmy świadkami narodzin prawdziwej owcy! 😉
W Szaflarach krótki postój na przekąskę pod przeznaczoną dla rowerzystów wiatą.
Meta! Po 6 dniach pedałowania z Kazimierza Dolnego dotarliśmy do celu naszej podróży - Zakopanego!
Powiem szczerze, że tę trasę wspominam z ogromnym sentymentem, bo przynajmniej jej pierwsza część w dużej mierze była moją autorską inicjatywą i nie mając pewności co do warunków jazdy, okazała się bardzo pozytywnym zaskoczeniem. Velo Dunajec od Starego Sącza do Niedzicy-Zamek to najlepiej przygotowana trasa pod rowerowe koła jaką do tej pory mieliśmy okazję przejechać. Po drodze moc rozmaitych atrakcji turystycznych: uroczy Kazimierz Dolny, malowane Zalipie, winnica w Sandomierzu, miasteczko galicyjskie w Nowym Sączu uzdrowisko Szczawnica, Pieński Park Narodowy i Jezioro Czorsztyńskie. Na koniec wisienka na torcie - Tatry!
Ola, przepiękna trasa i wspaniała relacja🥰
OdpowiedzUsuńUwielbiam trasy rowerowe gdzie jest dużo lasu i wody, jeszcze po drodze zjeść dobry obiad.
OdpowiedzUsuń