W Dolinie Księżyca - noc na pustyni Wadi Rum

Pustynia Wadi Rum to zjawisko dla którego śmiało można czatować na bilety do Jordanii! My trafiliśmy tam zrządzeniem losu - anulowano nam jeden nocleg w Petrze (pierwotny plan naszej objazdówki nie zakładał nocowania na Wadi Rum). Po pobycie na czerwonej pustyni nie mogliśmy wyjść z zachwytu - takie wrażenie na nas zrobił marsjański krajobraz i niezwykle gościnni Beduini dzielący się z nami swoim tradycyjnym (choć skomercjalizowanym) stylem życia.

Wadi Rum nazywa się też Doliną Księżyca (Valley of the Moon). Przez swój niezwykły krajobraz, czerwona pustynia nie raz była scenerię dla filmów, których akcja działa się w kosmosie m.in. Gwiezdnych Wojen i Marsjanina. Wracając z Wadi Rum, jechaliśmy autostopem z facetem, który właśnie kończył pracę na pustyni przy zdjęciach do kolejnego filmu z fabułą w przestrzeni pozaziemskiej.   


Nocleg na pustyni Wadi Rum w obozowisku Beduinów zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce przez booking.com. Oferta jest bardzo bogata, dlatego warto selektywnie podejść do wyboru noclegu. My zdecydowaliśmy się na obozowisko Desert Shine i mogę je z czystym sumieniem polecić. Cena wyświetlana na bookingu jest w tym przypadku umowna - jak traficie pod skrzydła gospodarzy, Beduini zaproponują Wam nową cenę (płacicie w gotówce na miejscu) - o czym za chwilę. Cena obejmowała dojazd na pace jeepa z beduińskiej wioski do obozowiska, nocleg w namiocie (namiot z drzwiami ma rozmiar małego pokoju ze stalowymi łóżkami w środku, wykładziną na ziemi i żarówką pod sufitem), wypasioną ucztę przygotowaną przez gospodarzy, atrakcje wieczorne we wspólnym namiocie z kominkiem-kozą (taneczno-muzyczne występy Beduinów i słodką herbatę nalewaną z imbryka do małych szklaneczek),dostęp do sanitariatów, 4-godzinne zwiedzanie pustyni jeepem za dnia i odstawienie turysty z powrotem na parking do wioski beduińskiej po zakończonej wycieczce.

Tak jak wspominałam w Jak zaplanować objazdówkę po Jordanii, niestety nie udało nam się załapać na autokar turystyczny JETT z dworca autobusowego w Ammanie (jedyne kilkanaście JOD) i musieliśmy dostać się do pustyni Wadi Rum taksówką (4 godziny drogi, 70 JOD). Taksówkarz wyrzucił nas przy Visitor Center, choć powinien przejechać przez bramę wjazdową i podwieźć nas prostą asfaltową drogą do parkingu w beduińskiej wiosce. Visitor Center to kompleks budynków, gdzie znajdują się posterunek policji turystycznej (tam należy się zameldować), biuro i sklepy z asortymentem przydatnym w upalną pogodę - kapelusze, arafatki, okulary przeciwsłoneczne, napoje, lody... zadzwoniliśmy do naszych beduińskich gospodarzy i skorzystaliśmy z pomocy dozorcy, który wepchnął nas do jakiegoś dostawczaka, dzięki czemu dostaliśmy się do parkingu w wiosce beduińskiej.

Wioska beduińska wygląda dość slumsowato i jest położona u progu pustyni. Małe, rozpadające się budynki, trochę złomu tu i ówdzie, pojedyncze bluszczowate, kwitnące drzewa oraz parking (można tam zostawić wynajęty samochód na czas pobytu na Wadi Rum). Gospodarz odebrał nas z parkingu i zaprowadził do jednego z tych murowanych domków. W środku była poczekalnia, gdzie zbierała się powoli ekipa wycieczki. Można było na chwilę ukryć się w zacienionym pomieszczeniu i zdjąć zakurzone od pustynnego piachu buty. Poczekalnia wyglądała dość banalnie, wykładzina na podłodze, maty do siedzenia pod ścianą, małe lufcikowate okna pod sufitem, sheesha na środku i mnóstwo pozostałości po turystach, którzy się tam przewinęli. W pewnym momencie gospodarz poprosił nas o anulowanie rezerwacji i zaproponował obniżoną cenę - początkowo mieliśmy zapłacić 60 JOD od osoby, a ostateczna cena wyniosła 45 JOD, w związku z tym, że doszły dwie kobiety zza naszej wschodniej granicy i łącznie grupa liczyła 6 turystów (nasza dwójką, Maltańczyk i Portugalka, Rosjanka i Białorusinka). Beduini załadowali nas i nasze bagaże na pakę jeepa, gdzie została wmontowana ciekawa konstrukcja - dwupoziomowy stelaż z prowizorycznymi ławeczkami na dole i dechami na górze dla odważnych do jazdy na płasko.




W pewnym momencie, wśród rozległego, czerwonego piasku, wyłoniło się nasze obozowisko. Zasłaniała je leista skała z piaskowca, która sama w sobie, tak jak zresztą wszystkie inne na pustyni Wadi Rum, była dziełem natury. Z daleka wyglądała, jakby była złożona z nieregularnych, płaskich, pomarańczowych płytek albo ściekającego błota. Można było się na nią bezpiecznie wspinać, gdyż jej powierzchnia nie była śliska. Miała mnóstwo wypustek, jakby celowo wyprofilowanych do siedzenia. Rozłożyliśmy się na ciepłej skale, podziwiając bezkres pustyni, spoglądając na to co dzieje się na dole w obozowisku i obserwując zachód  słońca. Obok dziewczyna czytała książkę leżąc na brzuchu, kawałek dalej cicho rozmawiała para Brytyjczyków. Takiego głębokiego spokoju ciężko byłoby zaznać gdziekolwiek indziej.





Warunki sanitarne były na zaskakująco wysokim, jak na środek pustyni, poziomie. Budynek z prysznicami i toaletami łączył się ze skałą, tworząc z nią wspólną ścianę, a ciepłą wodę zapewniały panele słoneczne na dachu.

Wieczorem nad pustynią pojawiły się liczne lśniące gwiazdy. Szliśmy do wspólnego namiotu, zapadając się stopami w ciepłym piasku i gapiąc się w niebo.

Wspólny namiot był wielkości sporego salonu. Ogień żywo wiercił się w kominku-kozie na środku pomieszczenia, a kilkudziesięciu turystów z różnych stron świata (od Brazylii, przez Holandię po Turcję) znalazło sobie miejsca na materacach pod ścianą, zostawiając buty na zewnątrz. Gospodarze zaczęli wręczać nam pękate szklaneczki, napełniając je mdląco słodką, rozgrzewającą herbatą. Przygotowali cały stół potraw na kolację, wszystkie dość proste, ale pyszne: mięso w przyprawach, grillowane warzywa, aromatyczne kasze, sosy, humusy, słodkości typu baklawa. 



Główny punkt programu naszej uczty wymagał większej prezentacji. Beduini zaprowadzili nas za wspólny namiot, gdzie jeden z nich najpierw podniósł koc leżący na piachu, pod którym była pokrywka owinięta w aluminium. Drugi wziął miotłę i oczyścił pokrywę z piasku. Pod nią było palenisko z zakopaną konstrukcją wyglądającą jak koksownik. Na kilku poziomach "koksownika" piekły się kawałki kurczaka, ziemniaki, papryki i pomidory. Potem każdy z nas mógł sobie skosztować jedzenia przygotowanego w tak nietypowy sposób. Po kolacji Beduini zaczęli grać na bębnach i gitarze swoje tradycyjne piosenki i zaprosili do wspólnych pląsów wokół kominka.  


Rano, tym samym jeepem, którym przyjechaliśmy do obozowiska, wyruszyliśmy na 4-godzinną wycieczkę po pustyni Wadi Rum. 



Nasza wycieczka obejmowała kanion Kazali, kanion Abu Khasaba, skalny most Um Fruth, mały most, postój wielbłądów i czerwone wydmy.

Kanion Kazali to około 100-metrowy wąski przesmyk między skałami, do którego wchodzi się pojedynczo, uważając pod nogi, aby nie poślizgnąć się na kamieniach (przez kanion płynie strumyk) albo nie przewrócić się stąpając po ruchomych skałach. Na jego ścianach można zauważyć rysunki ludzi, zwierząt i napisy w obcym alfabecie. To nie dzieło turystów-wandali, a wyryte w skale inskrypcje Nabatejczyków (starożytny lód, którego stolicą była Petra). 




 Kolejny Kanion, Abu Khasaba, ma znacznie większe rozmiary, a spacer przez jego skały zajmuje około 40 minut. Wygląda niezwykle malowniczo. Żółte i czerwone piaski przeplatają się, pojedynczo rośnie soczysto zielona roślinność, a wiatr wyrzeźbił w skałach ludzkie twarze i zwierzęta. Część drogi trzeba się powspinać, część przebrnąć przez ciepły piach. Co i rusz drogę przetnie nam jakiś pustynny robaczek, albo przerośnięta jaszczurka. 




 Um Fruth to skalny most, stworzony przez naturę. Z dołu wygląda dość przerażająco - jedna skała zaklinowana pomiędzy dwoma innymi, zawieszona 15 metrów nad ziemią, po której swobodnie chodzą sobie turyści. Wspinaczka na most jest banalnie prosta i szybka - w około 5 minut możemy być już na górze i cyknąć sobie foteczkę.


Jego miniaturową wersją jest cienki Mały Most o wysokości około 4 metrów. Też można na niego swobodnie wejść i podziwiać otoczenie kolorowych piasków, stada owiec mknących przez pustynię i kilku słynnych gór: Jabal Khazali, Jabal Rum i Um Ishrin.


Nasi beduińscy przewodnicy nie omieszkali zabrać nas na postój wielbłądów, gdzie turyści za kilka JOD mogli się na nich chwilę przejechać. Nikt z nas co prawda się nie zdecydował, ale z chęcią pooglądaliśmy te ogromne stworzenia, wypoczywające sobie razem, wydające swoje dinozaurze dźwięki i mielących coś wolno potężnymi szczękami.  



Ostatnim punktem naszego programu były czerwone wydmy. Na miejscu można było wypożyczyć sand boarda, ale nie miało to większego sensu, bo desce brakowało wystarczającego poślizgu i o zjechaniu z hałdy piachu nie było mowy (chyba, że na raty, zaliczając glebę co i rusz). 


Przy większych atrakcjach, miejscowi sprzedawali "róże wiatrów", czyli kamienie z pustyni, które wiatr uformował w płatki kwiatów. Taką pamiątkę można było sobie nabyć po 1 JOD...


Na pustyni Wadi Rum jest dużo więcej ciekawych form skalnych, które można zobaczyć przejazdem lub mając więcej czasu. Jak będziecie obok Visitor Center, zwróćcie uwagę na Siedem Filarów Mądrości - skałę uformowaną z kilku, przylegających do siebie, nieregularnych kolumn. Nazwa wzięła się od tytułu książki brytyjskiego archeologa i podróżnika Thomasa Edwarda Lawrence (znanego jako Lawrence z Arabii), który przebywał na tych terenach w czasie powstania arabskiego (przeciwko Imperium Osmańskiemu) w 1917-1918 r. i rozsławił pustynię Wadi Rum na świecie.



Po wycieczce wróciliśmy do obozowiska zabrać nasze bagaże i po zebraniu ekipy wyjeżdżającej, odstawiono nas na parking do beduińskiej wioski. 


Muszę przyznać, że po całej objazdówce po Jordanii, pustynia Wadi Rum, choć znaleźli się tam przypadkiem, króluje na podium naszego rankingu miejsc, które warto zobaczyć będąc w tym kraju - choć Petra stanowi dla niej niemałą konkurencję. Skoro już mowa o pocztówkowej (a raczej instagramowej) Petrze, zabiorę Was tam w następnym poście o Jordanii 😙 Udowodnię Wam, że Petra to dużo więcej niż jeden widok na wydrążony w skale skarbiec starożytnych ludów 😄

  






Komentarze

Popularne posty