Prowansja - van Gogh, papieże i romantyczne wioski

Prowansja od dawna była na szczycie mojej bucket list. Jak powszechnie wiadomo, marzenia są po to, aby je spełniać i ku temu nadarzyła się doskonała okazja :) Trudno wyobrazić sobie bardziej romantyczną scenerię do świętowania pierwszej rocznicy ślubu, niż lawendowe pola, gaje oliwne, dojrzewające w promieniach słońca winogrona na wzgórzach i wytwarzane w nich wyśmienite wino. Jak do tego dorzucimy legendarnego malarza Vincenta Van Gogha, baśniowe średniowieczne miejscowości jak Gordes czy Bonnieux, zastygnięte w czasie opactwa, Pałac Papieski i Most Awinioński, to wychodzi nam przepis na zachwycającą francuską wycieczkę :) 



  1. TERMIN WYJAZDU
  2. TREKKING ZAMIAST SAMOCHODU
  3. PLAN PODRÓŻY
  4. TRANSPORT
  5. CENY
  6. NOCLEGI
  7. JEDZENIE
  8. SYMBOLE PROWANSJI
  9. FRANCUZI

TERMIN WYJAZDU

Naszą podróż odbyliśmy we wrześniu 2022 r. W Prowansji szczyt sezonu turystycznego przypada w lipcu i w sierpniu, gdyż wielu obcokrajowców przyjeżdża tu dla fioletu pól lawendy. My jednak byliśmy mega zadowoleni ze swojej decyzji, aby pojechać poza okresem kwitnienia lawendy (zresztą pola lawendy oglądaliśmy wielokrotnie w innych miejscach, także w Polsce). 

W lipcu w Prowansji temperatury potrafią osiągać 31 stopni. My zwiedzaliśmy Prowansję w temperaturze wahającej się od 20 do 25 stopni. Poza tym fiolet lawendy zastąpiła nam żółć, pomarańcz i czerwień jesieni 😍 

Kolejnym argumentem za tym, aby odwiedzić ten region poza sezonem, jest fakt, że popularne miejscowości jak Gordes czy Roussillon mają od jednego krańca do drugiego około 2 km, więc można tylko sobie wyobrazić tłumy turystów przelewających się przez tych kilka uliczek i próbujących sobie zrobić zdjęcie w ładnym spocie. Miejscowi też narzekali, że w szczycie sezonu jest naprawdę tłoczno. My za to mieliśmy całe wioski dla siebie i mogliśmy pstryknąć sobie foteczkę gdziekolwiek zapragnęliśmy, bez ryzyka pojawienia się na niej mistrza drugiego planu 😉








TREKKING ZAMIAST SAMOCHODU

Jestem daleka od kupowania pobytu w 5-gwiazdkowych hotelach z basenem i wynajmowania samochodu. Lubię możliwie najbardziej poczuć rytm lokalnego życia: zamieszkać w rodzinnym pensjonacie, zjeść tradycyjny obiad w kameralnej knajpie i przejechać się do kolejnego punktu wyprawy pociągiem (tak poza tym, że to spora oszczędność i bardziej ekologiczne rozwiązanie😉).


Oprócz tego, podwójnie wypoczywam spędzając mój urlop aktywnie - tak też było w przypadku Prowansji. Zdecydowaliśmy się na backpacking i - od pewnego momentu naszej wycieczki - trekking. Łącznie zrobiliśmy 270 km w ciągu 12 dni (20-30 km spaceru dziennie codziennie 😜). 

Miejscowości do których zawitaliśmy, są od siebie oddalone o kilka-kilkanaście km i porozsiewane po wzgórzach i dolinach. Wszyscy nasi gospodarze gwizdali z niedowierzaniem, że nie wynajęliśmy auta i przyszliśmy do nich na piechotę. Powiem szczerze, że trekking z plecakiem przez masyw górski Luberon sprawił nam tyle samo frajdy, co zwiedzanie instagramowych prowansalskich miejscowości na naszej trasie 😆 

Wynajęcie samochodu jest bardzo wygodne i z pewnością oszczędziłoby nam kilku wtop (choć nieprzewidywalność w podróży i zarządzanie kryzysowe zawsze traktuję jako element przygody 😏). Poza tym, przemieszczanie się autem pozwoliłoby z pewnością na szybsze "zaliczenie" wiosek i miasteczek typu must-see. Dla nas jednak zdecydowanie większą wartość miała dziko rosnąca roślinność, wapienne skały, intensywny zapach tymianku, cyprysy bujające się na porywistym wietrze Mistral, ogromne pole (przekwitłej o tej porze roku) lawendy, rozległe winnice, gaje oliwne, kamienne gospodarstwa z czerwonymi dachówkami oraz osioł i kobyłka na wypasie, którzy niespiesznie przytuptali do nas na swoich kopytkach, aby się przywitać. 












Z pewnością fajnie byłoby pokonać tę trasę jednośladem. Drogi są przyjazne rowerzystom, a w niektórych miejscach wydzielono ścieżki rowerowe. Wyzwanie natomiast stanowi pagórkowaty teren i wiatr Mistral, który zrywa się tu kilka dni w miesiącu.


Mieliśmy mały fallstart, bo jeszcze przed wylotem zostaliśmy zmuszeni do skrócenia wyjazdu o 3 dni i zmiany planu z powodu odwołanego lotu do Marsylii. W końcu kupiliśmy lot do Nicei (skąd pojechaliśmy pociągiem do Marsylii). To spowodowało, że wyjazd nam się skrócił o początkowe dwa dni w Arles i 1 dzień w rezerwacie przyrody Camargue. Miasteczko Arles udało nam się nadrobić jednodniową wycieczkę z Awinionu, ale niestety dzikie konie i flamingi przeszły nam koło nosa.

PLAN PODRÓŻY

 Nasza podróż wyglądała następująco:

Kraków Nicea, przejazd Nicea Marsylia   Arles  Les Baux-de-Provence 🠊 Saint-Rémy-de-Provence 🠊 Awinion 🠊 Orange (1 dzień z Awinionu) 🠊 Arles (1 dzień z Awinionu) 🠊 Awinion 🠊 L'Isle-sur-la-Sorgue 🠊 Gordes 🠊 Roussillon 🠊 Goult 🠊 Lacoste 🠊 Bonnieux 🠊 Lourmarin 🠊 Marsylia  Kraków

Mapę na której zaznaczyłam miejsca, które odwiedziliśmy w czasie naszej 12-dniowej podróży po Prowansji znajdziecie tutaj.


Dzień 1. Nicea 🠊 Marsylia 🠊 Arles - Les Baux-de-Provence

Niestety, pierwszy dzień był na zmarnowanie, bo musieliśmy z powodu odwołanego lotu nadgonić naszą trasę i od rana do późnego wieczora byliśmy w przejazdach. 

Wylecieliśmy z Krakowa i wylądowaliśmy w Nicei. Złapaliśmy pociąg do Marsylii, który jedzie niecałe 3 godziny. Od razu wspomnę, że był to najdroższy nasz przejazd pociągiem - zapłaciliśmy tyle samo co za pendolino z Warszawy do Krakowa, czyli ok. 40 EUR za osobę. Pozostałe nasze przejazdy były dużo tańsze i kosztowały kilka-kilkanaście EUR. 

W Marsylii wsiedliśmy do pociąg do Arles. Na dworcu w Arles wylądowaliśmy ok. 21:00. Mieliśmy spore trudności ze złapaniem taksówki, ale w końcu udało nam się dostać samochodem do Les-Baux-de-Provence, które jest oddalone od Arles o 19 km. 

Mój pierwotny plan - pokrzyżowany przez strajki na lotnisku w Marsylii - zakładał lądowanie w Marsylii i przejazd do Arles, co zajęłoby nam godzinę. Gdyby nie odwołany lot, spędzilibyśmy tam 3 dni (w tym wycieczka do wspomnianego rezerwatu Camargue). Niestety, nie zawsze znane są wyroki tanich linii lotniczych. Podsumowując, naszą prowansalską przygodę zaczęliśmy od Les Baux-de-Provence.




Dzień 2. Les Baux-de-Provence 🠊 Saint-Rémy-de-Provence 🠊 Awinion

Les Baux-de-Provence to miejscowość, której zabytkowa część znajduje się na szczycie skały. Pół dnia spacerowaliśmy po krętych uliczkach pamiętających epokę średniowiecza, z kamiennymi domkami, ruinami zamku, drewnianymi maszynami obronnymi oraz pięknym widokiem na formacje skalne, gaje oliwne i winnice w okolicy.


Po południu wróciliśmy do mieszkania zabrać plecaki i poszliśmy do kamieniołomu Carrières de Lumières, w którym odbywają się multimedialne pokazy sztuki. My akurat trafiliśmy na temat Wenecji od Canaletto do Monet i dzieła Yvesa Kleina. Spektakl świetlny i dźwiękowy trwał ok 50 minut.



Po wyjściu z pokazu złapaliśmy podwózkę samochodem z parkingu przed Carrières de Lumières do oddalonego o 8 km Saint-Rémy-de-Provence

W Saint-Rémy-de-Provence spacerowaliśmy wzdłuż ulicy Avenue Van Gogh szukając miejsc, które malarz uwiecznił na swoich pejzażach. Zadanie ułatwiały nam tablice ze zdjęciami obrazów i cytatami z listów Vincenta Van Gogha oraz mapa z Informacji Turystycznej.



Na końcu drogi znajdował się klasztor św. Pawła z Mausole, gdzie malarz leczył się psychiatrycznie. Zwiedzaliśmy krużganek wraz z galerią zdjęć obrazów van Gogha, dzieł, którymi inspirował się van Gogh (głównie Milletem) i malowideł autorstwa naśladowców Vincenta van Gogha. Weszliśmy na piętro zobaczyć rekonstrukcję jego sypialni i łaźni. Następnie udaliśmy się na podwórze, gdzie swoje sztalugi rozstawili liczni artyści z całego świata, dla których z pewnością wizyta w tym miejscu jest duchowym przeżyciem. 




Na koniec pstryknęliśmy sobie zdjęcia pod łukiem triumfalnym starożytnego miasta Glanum. Nie udało nam się wejść do parku archeologicznego z ruinami Glanum ze względu na to, że zamykali go o 18:00. Poszliśmy pod dom Nostradamusa, zobaczyliśmy fontannę jego imienia i przespacerowaliśmy się po zabytkowych uliczkach miasteczka.



Wieczorem złapaliśmy autobus z Saint-Rémy-de-Provence do Awinionu. Awinion uczyniliśmy naszą bazą wypadową na najbliższe 3 dni.

Dzień 3. Awinion 🠊 Orange 🠊 Awinion

Następnego dnia przedostaliśmy się autobusem zastępczym (z powodu przebudowy dworca) do Orange

W Orange główną atrakcją jest najlepiej zachowany teatr rzymski w Europie. Obejrzeliśmy go z pomocą audioguida.



Powłóczyliśmy się trochę pomiędzy kamienicami, podziwialiśmy łuk triumfalny i wspięliśmy się na wzgórze, gdzie znajduje się park miejski. Orange to wycieczka na pół dnia i przyznam szczerze, że nie należy tego miasta traktować w kategoriach atrakcji nie do pominięcia.

Popołudniu wróciliśmy do Awinionu i przespacerowaliśmy się po ulicy Teinturiers z kanałem i kołami wodnymi oraz oraz wybraliśmy się do ogrodów przy katedrze (Jardin des Domes) z romantycznymi roślinami, fontannami, kaczuchami i winnicą nad brzegiem rzeki Rodan.



Dzień 4. Awinion 🠊 Arles 🠊 Awinion

 Rano pojechaliśmy pociągiem do Arles. 

Z dworca w Arles złapaliśmy autobus miejski do mostu zwodzonego z obrazów Van Gogha

Błędnie założyliśmy, że jeżeli przystanek nazywa się bardzo podobnie do opactwa, to znajduje się w jego pobliżu. Przedzieraliśmy się 3 km przez stare torowisko, pola zeschniętych słoneczników i chaszcze (alternatywie można było złapać autobus z centrum...). W końcu dotarliśmy do opactwa  św. Piotra w Montmajour, gdzie spędziliśmy godzinę. 



Kolejnym autobusem przedostaliśmy się do centrum miasta. Oglądaliśmy wystawę zadziwiających malowideł współczesnej amerykańskiej artystki Nicole Eisenman w Fundacji Vincenta Van Gogha. Widzieliśmy tam też obraz pt. "Jednooki mężczyzna" autorstwa tego słynnego malarza.



Zawędrowaliśmy na dziedziniec szpitala w Arles, gdzie dochodził do siebie Van Gogh po tym, jak obciął sobie ucho. Niesamowite jest to, że dziedziniec wygląda wciąż uderzająco podobnie jak na obrazach holenderskiego artysty. Nie omieszkaliśmy zrobić sobie zdjęcia przy kawiarni Le Café Van Gogh, która została utrwalona przez mistrza pędzla na obrazie zatytułowanym "Taras kawiarni w nocy". 



Zajrzeliśmy do teatru rzymskiego i przeszliśmy przez mały park publiczny (Jardin d'été), który również został utrwalony na obrazie Van Gogha. Połaziliśmy po zabytkowych uliczkach i po rynku République obeliskiem. Do późna stołowaliśmy się w dobrej marokańskiej restauracji pod amfiteatrem. Wróciliśmy ostatnim pociągiem do Awinionu.



Dzień 4. Awinion 🠊 L'Isle-sur-la-Sorgue

W końcu przyszedł czas na główne atrakcje Awinionu. Zaczęliśmy oczywiście od Pałacu Papieży i ogrodów papieskich - miejsc związanych z tzw. "niewolą awiniońską" (1309-1377), kiedy papieże rezydowali w Awinionie i byli zależni od francuskiej monarchii. 

Zajrzeliśmy do katedry Notre-Dame i weszliśmy na Most Awinioński (który obecnie bardziej pełni funkcję mola, bo nie sięga do drugiego brzegu Rodanu).



Późnym popołudniem złapaliśmy bus do L'Isle-sur-la-Sorgue (40 minut drogi), która słynie z ciągnącego się przez całą miejscowość szlaku młynów wodnych (niektóre wciąż się kręcą), antykwariatów i sklepików z bibelotamiW niedzielę odbywa się tu targ z warzywami, serami, pieczywem, a także antykami.



Dzień 5. L'Isle-sur-la-Sorgue 🠊 Opactwo Sénanque 🠊 Gordes

Rano zamówiliśmy taksówkę z L'Isle-sur-la-Sorgue do Opactwa Sénanque

Opactwo znajduje się w odizolowanej dolinie niedaleko wsi Gordes. Działa do tej pory i mieszka w nim 6 Cystersów. Mnisi udostępnili je do zwiedzania w ograniczonych godzinach w ciągu dnia (do południa).




Po wizycie w opactwie złapaliśmy stopa i dotarliśmy do Gordes. Gordes na 100% znajdzie się na każdej liście najpiękniejszych miejsc w Prowansji. Niezwykle romantyczne, malowniczo położone na wzgórzu Gordes jest też powszechnie uważane za najbardziej skomercjalizowane i najbardziej zatłoczone. My byliśmy poza sezonem (druga połowa września), więc w ogóle tego nie doświadczyliśmy i można powiedzieć, że mieliśmy całą wioskę dla siebie.




W okolicy Gordes można też przy okazji obejrzeć wioskę Bories (Village de Bories). Jest to zbiór kilkunastu odrestaurowanych średniowiecznych budynków z kamieni zbudowanych bez zaprawy, które wyglądają trochę jak domki krasnoludków.


Po pierwszym dniu trekkingu zawinęliśmy do gospodarza, którego pensjonat znajdował się w połowie drogi pomiędzy Gordes a Roussillon.

Dzień 6. Roussillon

Przed południem dotarliśmy na piechotę do Roussillon - wsi mieniącej się wszystkimi kolorami pomarańczy! Zaczęliśmy od trasy spacerowej po wyrobiskach ochry, z której produkuje się naturalny pigment. Do końca dnia szwendaliśmy się po Roussillon, zaglądając do galerii artystycznych (m.in. malarki polskiego pochodzenia Veronique Ziminski) i zatrzymując się na każdym kroku na kolejne zdjęcie z kolorowymi okiennicami, ceramicznymi cykadami lub malunkiem na drzwiach.




Dzień 7. Roussillon 
🠊 Goult 🠊 Lacoste 🠊 Bonnieux

Tego dnia czekał nas intensywny trekking - ponad 7 km z Roussilon do Goult, potem 6 km do Lacoste i niecałe 5 km do Bonnieux, nie wliczając w tę pulę km przełażonych w tych miejscowościach. 

Ruszyliśmy w kierunku Goult mało uczęszczaną drogą wzdłuż której ciągnęły się winnice, pola uprawne i kamienne budynki gospodarstw. Po dotarciu do celu, pobłądziliśmy dwie godziny wąskimi uliczkami Goult, zaglądając do XII-wiecznego kościoła San Sebastien oraz w zakamarki z fontannami i placykami. Rzuciliśmy też okiem na masyw górski z tarasu widokowego pod wiatrakiem Jérusalem.




Lacoste, wbrew pierwszym skojarzeniom, które wpadają do głowy, nie ma nic wspólnego ze znaną marką ciuchów. Prawidłowym, choć niechlubnym skojarzeniem z tą miejscowością jest za to słowo "sadyzm". Pochodzi ono od nazwiska Markiza de Sade, który mieszkał w tutejszym zamku w drugiej połowie XVIII w. (z zamku zostały już tylko ruiny). Można sobie tylko wyobrazić co tu się - za przeproszeniem - odwalało za Markiza o dziwnych upodobaniach. Z Lacoste roztacza się piękny widok na kolejną wioskę Bonnieux i górę Mont Ventoux.



Nasz trekking zakończyliśmy w Bonnieux. Urzekające Bonnieux było dla mnie wisienką na torcie naszej przeprawy. Zatrzymaliśmy się w rodzinnym pensjonacie, a kolację w restauracji przygotowała nam sama gospodyni.

Dzień 8. Bonnieux 🠊 Lourmarin

Poranek poświęciliśmy na przespacerowanie się jeszcze raz - tylko że za światła dziennego - po Bonnieux. Jest to miejscowość na wzgórzu, rozmieszczona jakby piętrowo, z krętymi, urokliwymi uliczkami, oryginalnymi i słodko ozdobionymi wejścia do domów i balustradami oraz roślinami, które wtapiają się w szarość kamienia.



Kolejnym i ostatnim celem naszego trekkingu była wioska Lourmarin, oddalona od Bonnieux o niecałe 12 km. Było sporo podejść na skaliste wzgórza, dziko rosnąca roślinność, intensywny zapach ziół prowansalskich w powietrzu, a na szczycie piździec Mistral dudniący w uszach. Nie spotkaliśmy na szlaku ani jednej żywej duszy oprócz pasącego się tam osiołka.

W pierwszej kolejności zameldowaliśmy się u naszej gospodyni, u której wynajęliśmy petit challet obok rodzinnej winnicy na jej gospodarstwie pod Lourmarin.

Z gospodarstwa mieliśmy 1 km wiejską ścieżką do centrum Lourmarin. Powłóczyliśmy się po galeriach tutejszych artystów, pobraliśmy mapę z informacji turystycznej i wyruszyliśmy na poszukiwania zaznaczonych na niej punktów m.in. fontanny z trzema maskami przy prawosławnym kościele, ukrytej fontanny z romantycznym kanałem i  domu inżyniera i wynalazcy Philippe de Girarda, od którego nazwiska pochodzi nazwa miasta Żyrardów. Zatrzymaliśmy się do późnego wieczora na kolacji w jednej z knajp, a główne atrakcje Lourmarin zostawiliśmy sobie na kolejny dzień.




Dzień 9. Lourmarin 
🠊 Aix-en-Provence

W Lourmarin znajduję się pięknie odrestaurowany zamek z końca XV w. Zwiedzanie go zajmuje godzinę.



Najbardziej znanym mieszkańcem Lourmarin jest Albert Camus (ten od "Dżumy"). Na tutejszym cmentarzy znajduje się jego grób. W Lourmarin jedną z ulic nazwano imieniem pisarza. 

Po zwiedzaniu Lourmarin złapaliśmy busa do małego, studenckiego miasta Aix-en-Provence.

Aix-en-Provence było dla mnie pozytywnym zaskoczeniem. Mimo, że panował tam zdecydowanie klimat miejski, to odczuwalna była kameralność i swojskość. Aix-en-Provence ma też sporo do zaoferowania jak na te półtora dnia, które w nim spędziliśmy. Nie tylko ładną architekturę (w tym katedrę Saint-Saveur i fontanny) i pełne życia place, ale też liczne przytulne i hipsterskie knajpki w siatce uliczek odbiegających od głównego deptaka.





W Aix-en-Provence znajduje się pokaźny zbiór sztuki w tutejszej galerii (Musée Granet). Podziwialiśmy w niej dzieła m.in. Picassa, Rembrandta, Rubensa, urodzonego w tym mieście Cézanne i Graneta.




Dzień 10. Aix-en-Provence 
🠊 Marsylia

Aix-en-Provence przygotowało dla nas z rana przyjemną niespodziankę. Na głównym deptaku rozstawiły się liczne stragany z wyrobami rzemieślniczymi, ręcznie malowanymi obrazkami, marsylskim mydłami, biżuterią i innymi pierdółkami. Zebrało się paru ulicznych artystów, którzy uatrakcyjnili buszowanie po targu swoim śpiewem i graniem na gitarze. 

Handel serami, kiełbaskami, przyprawami, pieczywem i innymi produktami spożywczymi odbywał się  na placu Richelme. Aż ślinka ciekła, kiedy oglądaliśmy towary lokalnych wyrobników!




Po nasyceniu się Aix-en-Provence wsiedliśmy w pociąg do Marsylii.

Poszliśmy na wieczorny spacer do starego portu, który nam się, szczerze powiedziawszy, średnio spodobał. Znajduje się przy dość głośnej drodze szybkiego ruchu. Ku naszemu zaskoczeniu przy tej ruchliwej drodze jest też, oprócz twierdzy św. Mikołaja, Opactwo Św. Wiktora (inaczej niż odizolowane Opactwo Sénanque). Fasady większości budynków wydają się dość surowe, a sam teren spacerowy mocno zatłoczony.








Dzień 11. Marsylia

Drugiego dnia w Marsylii dobrze się bawiliśmy błądząc uliczkami zabytkowej dzielnicy Le Panier, całej udekorowanej w graffiti i przyozdobionej uroczymi bibelotami. Tu wanna lub but na obcasie robiące za doniczkę, tam fotel przy wejściu do domu, gdzie indziej girlanda ze staników albo kawałki luster na ścianie ułożone w kwiaty. Ja mam fioła na punkcie takiej śmietniczkowej inwencji twórczej 😜 Zabytkowa dzielnica w Marsylii przypominała mi ulice Neapolu i Lizbony.










Po tym jak się wyhasaliśmy w Le Panier, zawitaliśmy do nowego portu, który prezentuje się zdecydowanie lepiej niż jego starszy brat. Weszliśmy do olbrzymiej katedry La Major, w której widzieliśmy m.in. rzeźbę Joanny d'Arc i szopkę bożonarodzeniową wyglądająca podobnie jak te z neapolitańskiej Via San Gregorio Armeno.









W Marsylii znajduje się też imponująco ogromne Muzeum Cywilizacji Europejskiej i Śródziemnomorskiej (MuCEM) i widoczna ze starego portu bazylika Notre Dame de la Garde. Nam nie starczyło czasu, aby zajrzeć jeszcze w te dwa miejsca, ale może uda się je zaliczyć przy kolejnym lądowaniu w Marsylii 😉 

Dzień 12. Marsylia ✈ Kraków

Lot powrotny mieliśmy przed południem, więc ranek spędziliśmy jeszcze spacerując w okolicach portu i kupując pamiątki dla bliskich. Skierowaliśmy się na dworzec autobusowy blisko dworca kolejowego Saint Charles, skąd odjeżdżał bezpośredni bus na lotnisko

 

TRANSPORT

Do Nicei, Marsylii, Arles, Orange i Awinionu można dotrzeć pociągami SNCF (TER). Wyszukiwarka przejazdów jest dostępna w języku angielskim. Dobrze się sprawdzała też strona thetrainline.comPołączenia wyświetlają się również w wyszukiwarce Google Maps.


Do tych samych miejsc oraz do L'Isle-sur-la-Sorgue i Lourmarin kursują busy regionalnej siatki transportu drogowego Zoe!. Niestety, nie wszystkie można znaleźć w aplikacji Google Maps. Informacje o godzinie odjazdu znajdowałam albo w Internecie na ogólnych stronach wyszukiwania połączeń busowych typu Rome2rio lub Busradar, wpisywałam w wyszukiwarkę Google "bus from X to X", pytałam o przystanek i rozkład w Informacji Turystycznej lub sprawdzałam godzinę odjazdu na przystanku, jak już go namierzyłam.



Nasze przejazdy:

  • Nicea (stacja Saint-Augustin) 🠊 Marsylia (stacja Saint-Charles) - pociąg - 2 godz. 59 min - 40 EUR/os.
  • Marsylia (stacja Saint-Charles) 🠊 Arles (stacja Gare d'Arles) - pociąg 53 min - 16,70 EUR/os.;
  • Arles 🠊 Les Baux-de-Provence - mimo wielu ogłoszeń taxówkarzy na dworcu w Arles, żaden nie chciał nas zgarnąć o 21:00 i wszyscy jednogłośnie twierdzili, że najwcześniej mogą po nas przyjechać  o... 15:00 następnego dnia. W końcu zlitował się nad nami właściciel mieszkania, które wynajęliśmy w Les Baux-de-Provence i nas przywiózł swoim samochodem (19 km). Uber też niestety okazał się niepomocny w Arles i w Les Baux-de-Provence.
  • Les Baux-de-Provence 🠊 Saint-Rémy-de-Provence - chcieliśmy złapać Ubera albo taxi spod kamieniołomu Carrières de Lumières. Zapytaliśmy panią ochroniarkę, która pracowała na parkingu czy kojarzy jakąś operującą tu firmę taksówkową. Pani była na tyle miła, że sama zaczęła obdzwaniać taxówki w okolicy w naszym imieniu. Nikt nie chciał się zgodzić nas zabrać, bo stwierdzili, że na dystansie 8 km za mało zarobią, aby im się opłacał przejazd. My woleliśmy nie iść z buta, bo dystans niewielki, ale przy ulicy i do tego dość krętej. Autem byłoby 10 min, na piechotę 3 godziny. W końcu pani ochroniarka zaoferowała nam podwózkę i pożyczyła do tego celu samochód swojego szefa!
  • Saint-Rémy-de-Provence (przystanek Republique) 🠊 Awinion - bus 42 min - ok. 3 EUR/os. - bezproblemowo złapaliśmy bus Zoe! nr 57 do Awinionu. W Awinionie bus zatrzymuje się w kilku miejscach, więc można wysiąść na przystanku możliwie najbliżej swojego hostelu.
  • Awinion (stacja Gare d'Avignon-Center) 🠊 Orange (stacja Gare d'Orange) - pociąg 14 min - 6,80 EUR/os. - my pojechaliśmy podstawionym autobusem zastępczym Zoe! ze względu na przebudowę dworca kolejowego.
  • Awinion (stacja Gare d'Avignon-Center) 🠊 Arles (stacja Gare d'Arles) - pociąg 16 min - 8,20 EUR/os.
  • Awinion (PEM Gare Routière Avignon) 🠊 L'Isle-sur-la-Sorgue - bus - 50 min - ok. 3 EUR/os. - złapaliśmy bus Zoe! nr 6.
  • L'Isle-sur-la-Sorgue 🠊 Opactwo Sénanque -  taxi - 30 min - 40 EUR/2 os. - zamówiliśmy taksówkę spod hostelu.
  • Opactwo Sénanque 🠊 Gordes - złapaliśmy autostopa - 10 min - Podwiozła nas para izraelskich turystów, których zaczepiliśmy na parkingu pod Opactwem.
  • Gordes 🠊 (9,6 km) Roussillon - pokonaliśmy tę trasę na piechotę. Trasa była dość łagodna. Napawaliśmy się wsiowymi klimatami.
  • Roussillon 🠊 (7 km) Goult (6,5 km) 🠊 Lacoste (4,4 km) 🠊 Bonnieux - pagórkowata trasa wśród winnic, pól uprawnych,  gospodarstw wiejskich i gai oliwnych. Mieliśmy ogromną satysfkację ze zbliżania się do kolejnej destynacji na wzgórzu, która widzieliśmy w oddali. Mapę naszej trasy zamieściłam tutaj.
  • Bonnieux (13 km) 🠊 Lourmarin - trasa była dość wymagająca (trudność na poziomie Bieszczad), ale za to przyroda i widoki z góry zachwycające! Mapę naszej trasy zamieściłam tutaj.
  • Lourmarin (przystanek Centre Lourmarin) 🠊 Aix-en-Provence - bus - 1 godz. 10 min - 3 EUR/os. - złapaliśmy bus Zoe! nr 9. około południa.
  • Aix-en-Provence (stacja Aix-en-Provence Center) 🠊 Marseille (stacja Saint-Charles) - pociąg - 45 minut - 8,50 EUR/os.

CENY

Nie owijając w bawełnę, Prowansja jest droga, nawet według izraelskich turystów, którzy podrzucili nas do Gordes. Stwierdzili, że ceny są porównywalne w tym momencie (wrzesień 2022) do tych w Izraelu, który do najtańszych miejsc na świecie nie należy. Przyznali też, że ich kuzynka przyleciała 3 lata temu do Prowansji i stwierdziła wtedy, że w Izraelu jest taniej. Gdy zaczęli o to rozpytywać miejscowych, dostali odpowiedź, że ceny owszem wzrosły - jak wszędzie w Europie - w związku z ostatnimi zawirowaniami geopolitycznymi.

Podsumowując całościowy koszt, tydzień w Prowansji kosztował nas 3 570 PLN za osobę. Nasze wydatki obejmowały: 11 noclegów, przejazdy pociągami i busami (ceny podawałam wyżej), wejścia do muzeów/galerii/zabytków, jedzenie i wino w restauracji, małe przekąski typu lody lub bagietka i kilka drobnych pamiątek.

Noclegi na Booking.com starałam się wybierać w dobrych lokalizacjach, biorąc pod uwagę, że nie mieliśmy samochodu (nie dalej niż 2 km od centrum miasta/wsi), ale poza tym nie miałam wysokich wymagań. Zapłaciliśmy za nie od 277 PLN (budżetowy hostel z łóżkiem przypominającym polowe i prywatną łazienką) do 460 PLN (nasz awaryjny nocleg w hotelu - poprzedni został odwołany w ostatniej chwili). Średnio płaciliśmy 380 PLN za 2 os. za noc.

Koszty związane z przejazdami pociągami i busami opisałam wyżej. Cena wynajmu auta za 12 dni w Prowansji wynosi od ok. 1800 PLN + koszt paliwa.

Ceny wejść do atrakcji turystycznych są dość przeciętne jak na UE. Takich "indoorowych" nie było też aż tak dużo, bo głównie szwendaliśmy się po uliczkach miasteczek i wsi.

Ceny biletów (bez zniżek) za osobę:

  •  Carrières de Lumières w Les Baux-de-Provence - 14,5 EUR,
  • Le Sentier des Ocres - 3 EUR,
  • klasztor św. Pawła z MausoleSaint-Rémy-de-Provence - 8 EUR, 
  • Opactwo św. Piotra w Montmajour (obok Arles) - 8 EUR,
  • Fundacja Van Gogha w Arles - 10 EUR,
  • zamek w Lourmarin - 7,5 EUR,
  • Ruiny teatru rzymskiego w Orange - 10 EUR,
  • Pałac Papieski i Most Awinioński - 14,5 EUR,
  • Opactwo Sénanque (obok Gordes) - 8,5 EUR.

Jedzenie w restauracjach jest drogie, ale nie potrafiłam sobie tego odmówić. Francuskie zamiłowanie do gotowania jest znane na całym świecie, a dla mnie doznania gastronomiczne są wysoko wartościowane w ogólnym doświadczeniu turystycznym. W Prowansji na serwowanych mi daniach i winie z winogron porastających wzgórza Luberonu nie zawiodłam się ani razu. Ceny za główne danie w restauracjach, w których jedliśmy wahały się od 21 do 25 EUR. Tyle samo, ku naszemu zaskoczeniu, kosztowały startery. 0,75 L wina to koszt od kilkunastu do 20-paru EUR.

NOCLEGI

Z noclegami bywało różnie, mimo dość wysokich cen. 

Niektórym nadaliśmy ksywy. 

W Awinionie nie mieliśmy szczęścia do noclegów. Najpierw spaliśmy w "kontenerze", gdyż nasz nocleg był ładnie zaaranżowanym pod mieszkanie pomieszczeniem gospodarczym w sąsiedztwie śmietnika i garaży. Potem wpadliśmy z deszczu pod rynnę. "Molochem" nazwaliśmy okropny, wielki hostel blisko zabytkowej części Awinionu z łóżkami przypominającymi polowe i ogłoszeniami-straszakami na każdym kroku (na korytarzu, w windzie, na ulotce w pokoju). Było na nich napisane, że generalnie to ciepło Cię witamy nasz drogi Gościu, ale jak nie wyrzucisz śmieci albo nie pozmywasz naczyń to pobierzemy 15/20/25 EUR. 

"Małpiszonem" określiliśmy nocleg pod Gordes, który oryginalnie nosił nazwę "Mas Pichoun". Gospodyni nie wpuściła nas do środka, gdyż przyszliśmy jedną godzinę po oficjalnym check-inie i nie przyjmowała argumentów, że ustaliliśmy z obsługą klienta Booking, że przybędziemy o 19:00, zamiast o 18:00. Gospodyni rzuciła słuchawką krzycząc "English, stop! Stop!". Booking zarzekał się, że przekazał gospodyni informację o godzinie naszego przybycia i że  nic nie wspomniała, że nas nie wpuści. Nasze doświadczenia z Francuzami opisałam niżej.

Na ksywę "Szpital" zasłużył hostel w Aix-en-Provence. Skojarzenia szpitalne nasuwały białe kitle, które nosili wszyscy pracownicy, białe ściany i białe kafelki na podłodze. Recepcja z tego powodu przypominała izbę przyjęć. Raz mój mózg podesłał mi obraz pacjenta pod prześcieradłem, kiedy pracownik hostelu popychał długi, metalowy wózek prawdopodobnie z brudnymi poszewkami w środku.

"PKP" to nasz nocleg w Marsylii. Wąskie pomieszczenie, bezpośrednio przy łóżku było przeszklone wejście pod prysznic, a toaleta miała rozmiary klitki i drzwi identyczne jak w pociągach PKP.

Czas na rekomendacje. Z czystym sumieniem mogę polecić dwa noclegi. Pierwszy to rodzinny pensjonat "César" w Bonnieux i nasz petit challet na gospodarstwie pod Lourmarin.

Pensjonat "César" wszedł w ofertę partnerską z Bookingiem, dzięki czemu cenę miał konkurencyjną w stosunku do  innych hosteli/hoteli w okolicy (choć dalej wysoką, 400 PLN...). Znajduje się w centralnej części Bonnieux. Jest prowadzony przez starsze małżeństwo. Nie tylko można u nich wynająć pokój, ale też zjeść śniadanie i kolację w restauracji, gdzie gotuje gospodyni, a jej mąż zbiera zamówienia i roznosi posiłki. Pokoje są dość normalne, choć w lepszym standardzie niż większość, w których spaliśmy.

Kiedy dotarliśmy do gospodarstwa pod Lourmarin, nie chciałam od razu iść do centrum miejscowości na zwiedzanie. Bardzo mi się spodobało u naszych gospodarzy. Ich gospodarstwo znajdowało się 1 km od centrum wsi, pod wzgórzami Luberonu. Na jego terenie był kamienny dom, mały taras, winnica i basen tylko dla nas. Nocowaliśmy w niewielkim ale, dobrze wyposażonym, drewnianym challet. Na gospodarstwie wchodziliśmy w interakcje ze zwierzątkami, które tam mieszkały: z beczącymi owcami, ciekawskim osłem i trzema spragnionymi pieszczot psami (jeden z nich pilnował naszego challet, gdy wyszliśmy do centrum). Żałuje, że nie mieliśmy więcej czasu, aby sobie tam wypocząć, bo sielski nastrój temu mocno sprzyjał.















JEDZENIE

Miała być oddzielna sekcja w tym poście o żarełku w Prowansji, ale miałam tyle na ten temat do napisania, że w efekcie powstał oddzielny artykuł. O zwyczajach jedzeniowych, tradycyjnych prowansalskich daniach i rekomendowanych przeze mnie knajpach poczytacie tutaj.

SYMBOLE PROWANSJI

Powszechnie wiadomo, że symbolem Prowansji jest lawenda. Dla niej, do tego regionu, ściągają tłumy turystów w lipcu i sierpniu. Poza lawendą, częstym motywem na pamiątkach z Prowansji jest oliwa i oliwki, a także kostka mydła marsylskiego (tradycyjnie powinno się ono składać w ponad 70% z olejów roślinnych). 


Na równi z lawendą, zarówno w przestrzeni publicznej, jak i w sklepach z suwenirami, występuje pewien robak. Jest nim cykada. Nie jest to może pierwsze skojarzenie z Prowansją dla polskiej duszy, w której gra melodia piosenki Maanamu z refrenem "Cykady na Cykladach". Niemniej jednak, z Prowansji można przywieść do domu cykady w różnych formach, nawet takie ceramiczne, które - o zgrozo! - mają wbudowany głośniczek i jak to cykady - cykają na cały regulator.


FRANCUZI

W żadnym innym europejskim kraju nie przeżyłam takiego szoku kulturowego jak we Francji. 

Zwykle odganiam od siebie myślenie stereotypowe o różnych narodowościach, więc komentarze moich znajomych o aroganckich Francuzach, którzy mówią do cudzoziemców uporczywie po francusku, mimo że ci nie rozumieją ani słowa, traktowałam z przymrużeniem oka. Jednak przekonaliśmy się na własnej skórze, że jest w tym ziarno prawdy.

Po pierwsze, większość Francuzów rzeczywiście nie mówi po francusku. Mało tego, można odnieść wrażenie, że nie ma żadnej woli komunikacji ze strony francuskiego rozmówcy. Mimo, że Francuzi często rozumieją język angielski, odpowiadają i tak po francusku. 

Większość ludzi, nawet jeśli zna tylko jeden język - swój ojczysty, ale chce się porozumieć z obcokrajowcem, spróbuje mówić wolno, wyraźnie wypowiadać pojedyncze słowa, trochę na migi, pokazać obrazek w telefonie... ale nie we Francji. Francuski rozmówca będzie nawijał jak najęty w swoim języku, nie zwracając uwagi na Twoją głupią minę. W Prowansji zdarzyło nam się to wielokrotnie.

Raz weszliśmy do kawiarni i zapytaliśmy, czy możemy jeszcze zamówić jedzenie, na co obsługująca tam pani zaczęła żywo prowadzić monolog po francusku, mimo naszych licznych pytań po angielsku. Może nawet coś mówiła żartobliwego, bo dwie dziewczyny przy stoliku obok zaczęły się śmiać. Pozostało nam powiedzieć grzecznie "merci" i wyjść.

Innym razem, przy barze w restauracji w Lourmarin do mojego męża  zagadał jakiś typ po francusku. Mój mąż odpowiedział mu w tym języku "przepraszam, nie mówię po francusku". Na to facet zaczął się śmiać i dalej mówił do niego po francusku. Mój mąż powtórzył, tylko po angielsku "przepraszam, nie mówię po francusku. Czy mógłbyś to samo powiedzieć po angielsku?". Gość dalej nawijał szybko po swojemu i zerkał na ludzi obok, czy im też to się wydaje zabawne. W końcu mój mąż zaczął mówić do niego po polsku. Typa zatkało, zrobił się czerwony i wytrzeszczył oczy. "Widzisz, jak mówię do Ciebie w moim języku też nie rozumiesz ani słowa" - skwitował mój mąż po angielsku śmiejąc się i poklepał swojego nowego francuskiego kolegę na pożegnanie po plecach.

Mieliśmy też parę nieprzyjemnych sytuacji związanych z językiem francuskim. Zazwyczaj jak przebywam za granicą, staram się nauczyć kilku "magicznych" słów typu "dziękuję", "proszę", "przepraszam" itp. w lokalnym języku. W Prowansji, szybko się też zorientowałam, że kiedy wchodzi się do sklepu, należy pozdrowić sprzedawcę na wejściu. Przeważnie na powitanie mówiłam wesoło "Bonjour!", ale raz wyrwało mi się równie entuzjastyczne "Good morning!" i to zostało odebrane prawie jak policzek dla starszego sprzedawcy w antykwariacie. Spojrzał na mnie spode łba i wysyczał przez zęby "Bonjour...". Na początku pomyślałam, że może źle zinterpretowałam sytuację, ale jak wychodziliśmy ze sklepu, mój mąż sam stwierdził "Oj, nie spodobało mu się, że powiedziałaś good morning zamiast bonjour... słyszałaś jak Cię poprawił?". 

Dla nas bardzo kłopotliwa i przykra była sytuacja z noclegiem "Małpiszon", którą opisałam wyżej. Gospodyni nie chciała nas wpuścić do hostelu, który zresztą z góry opłaciliśmy. Zrobiła się też w pewnym momencie agresywna i ewidentnie nie podobało jej się, że próbuję wytłumaczyć jej sytuację po angielsku. "English, stop! Stop!" - wrzasnęła i się rozłączyła. Myślę, że komentarz do takiego zachowania, nawet nie jest wymagany.

W pewnym momencie zaczęliśmy drążyć, o co chodzi Francuzom z tym francuskim. Zaczęłam googlować i po powrocie rozpytywać znajomych, którzy mieszkali we Francji. 

Jedna Francuzka, próbując wyjaśnić na jakimś forum, dlaczego Francuzi odpowiadają anglojęzycznym turystom po francusku, podała taki przykład: Wyobraź sobie, że prowadzisz sklepik przy akademiku w Stanach Zjednoczonych, gdzie studiuje wielu Chińczyków. Jak byś się czuł/czuła gdyby ci studenci przychodzili do Twojego sklepiku i mówili do Ciebie po mandaryńsku zamiast po angielsku? Pozwolę każdemu ocenić, na ile adekwatne jest to porównanie...

Inni tłumaczyli, że powodem tej sytuacji jest edukacja w szkołach, gdzie od najmłodszych lat Francuzom wpaja się, że Francja to światowe mocarstwo, a język francuski to dobro narodowe i lingua franca, stąd przekonanie Francuzów, że wszyscy powinni rozumieć język francuski. Jeżeli to prawda, to wygląda na to, że Francuzom ciężko przyjąć do wiadomości, że w dzisiejszym świecie najbardziej rozpowszechniony jest język angielski (francuski dopiero na piątym miejscu po mandaryńskim, hindi i hiszpańskim).

Niektórzy francuscy internauci wyjaśniali, że wielu ich znajomych wstydzi się mówić po angielsku ze względu na silny akcent. Ten argument jednak dalej nie wyjaśnia, dlaczego w tej sytuacji nie wierzą w skuteczność kalamburów i pojedynczych słów...

Szczerze powiedziawszy, nie mam jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Może i słusznie, bo niewykluczone, że na taki stan rzeczy składa się kilka czynników, a wśród nich te, które mi nawet nie przyszły do głowy.

Czy Francuzi są aroganccy i nieżyczliwi? Po nieprzyjemnościach z "Małpiszonem", pocieszałam mojego męża, że mieliśmy też kilka sytuacji, kiedy ktoś wyszedł mocno przed szereg, aby nam pomóc np. pani ochroniarka z parkingu po Carrières de Lumières, która pożyczyła samochód od szefa, aby zawieść nas do Saint-Rémy-de-Provence, albo pasażerka w autobusie miejskim w Arles, która opowiadała nam o mieście i pokazywała ciekawe miejsca przez szybę. 

Z drugiej strony, trudno wyprzeć dość liczne sytuacje, kiedy osoby zatrudnione w branży turystycznej nie wykazywali się szczególną inicjatywą. Np. któregoś dnia poprosiłam recepcjonistkę w hotelu w L'Isle-sur-la-Sorgue (która wyjątkowo mówiła po angielsku), o kontakt do taksówkarza, bo chcieliśmy rano pojechać do Opactwa Sénanque. Recepcjonistka wręczyła mi wizytówkę. Nauczona doświadczeniem, zapytałam ją, czy ten taksówkarz mówi po francusku. "Raczej nie" odparła i przeniosła wzrok na ekran komputera. Może za dużo oczekuję, ale spodziewałam się, że zaproponuje mi, że do niego zadzwoni z hotelowego telefonu. To się wydarzyło dopiero wtedy, jak poprosiłam ją o to bezpośrednio.

Bardzo często backpackerzy zostawiają swój bagaż na przechowanie w hostelu po check-oucie, aby móc jeszcze parę godzin pozwiedzać miasto. W przeszłości nawet przy check-inie recepcjoniści bez pytania informowali nas, w którym pomieszczeniu możemy zostawić nasze plecaki po tym, jak się wymeldujemy. W awiniońskich hostelach nam tego odmówiono, mimo że mieli sporą recepcję i kilka wolnych pomieszczeń. Przekierowali nas do płatnej przechowalni niedaleko dworca kolejowego.

Generalnie pobyt we wspomnianym wcześniej pensjonacie w Bonnieux oceniam pozytywnie, ale tam też miała miejsce dziwna dla mnie sytuacja. Chciałam podejść do recepcji, aby poprosić o zarezerwowanie stolika na 19:00 (to była jedyna wtedy otwarta restauracja we wsi). Pech chciał, że akurat właścicielka jadła obiad. Z wyrzutem mnie poinformowała, że przerywam jej jedzenie (choć nie wiem skąd miałam wiedzieć, że to jej standardowa pora posiłku), ale przynajmniej zrobiła mi rezerwację. 

Nigdy wcześniej za granicą nie zastanawialiśmy się, czy ludzie są mili dla nas czy nie. Obsługa turystyczna zazwyczaj była co najmniej poprawna i jej poziom życzliwości nie zaprzątał nam głowy. "Czemu Francuzi są niemili?" było kolejnym hasłem, które z ciekawości wrzuciłam do wyszukiwarki. Jakiś Francuz tłumaczył, że "Francuzi są bardzo przyjaźni, ale dla ludzi, których dobrze znają", a inny wyraził ubolewanie, że "Francuzi bardzo lubią być życzliwie obsługiwani na wakacjach za granicą i straszna szkoda, że nie potrafią tego samego zaoferować u siebie". 

Może hordy turystów zalewających ich piękny kraj już się niektórym przejadły. Nie jest to najbardziej biznesowe podejście do sprawy, szczególnie w mniejszych miejscowościach, co potwierdzają słowa wcześniej wspomnianej życzliwej pasażerki autobusu miejskiego w Arles. Stwierdziła, że Arles musi dbać o turystów, bo odkąd wybuchł COVID, przyjeżdża ich mniej, co generuje mniejszy dochód dla miasteczka i odbija się na jakości codziennego życia mieszkańców. Wspominała tu m.in. o nienaprawionych drogach albo rozrzedzonym rozkładzie jazdy komunikacji miejskiej.

Podsumowując, zliczając wszystkie nasze doświadczenia, Francuzi nie zrobili na nas najlepszego wrażenia na tle innych europejskich i pozaeuropejskich państw, które mieliśmy okazję odwiedzić. Mam nadzieję, że wy traficie na sympatyczniejsze francuskie egzemplarze 😉😇

RANKING MIEJSC W PROWANSJI

Podjęłam się niezwykle trudnego zadania poukładania prowansalskich miejsc, które zwiedzaliśmy, od najfajniejszego do najmniej fajnego (choć wszystkie były fajne 😜). To ukłon w stronę tych, którzy będą mieli znacznie mniej czasu na wycieczkę po Prowansji.

1. Arles i Aix-en-Provence - jednogłośnie obsadziliśmy z mężem te dwa miasteczka na pierwszym miejscu. Są kameralne, spokojne, a jednocześnie mają sporo do zaoferowania na 1-2 dni intensywnego zwiedzania.

2.  Gordes i Roussillon - prowansalskie wsie, każde na swój sposób inne, obydwa mają bardzo romantyczny klimat. Można w nich zatrzymywać się co kilka kroków, aby pstryknać foteczkę. Dodatkowo w Roussillon jest przyjemna trasa spacerowa po wyrobiskach ochry.

3. Les Baux-de-ProvenceSaint-Rémy-de-Provence, L'Isle-sur-la-Sorgue, Lourmarin  - te miejscowości również generują sporo spotów fotograficznych. Oprócz tego, każde z nich oferuje dodatkowe atrakcje turystyczne. W Les Baux-de-Provence jest kamieniołom Carrières de Lumières. Saint-Rémy-de-Provence znajduje się m.in. klasztor św. Pawła z Mausole i park archeologiczny. W L'Isle-sur-la-Sorgue można odbyć przyjemny spacer szlakiem kół wodnych, kanałów, antykwariatów i sklepów z bibelotami. W Lourmarin natomiast jest dobrze odrestaurowany zamek i grób Alberta Camusa.

4. Awinion i Bonnieux - Atrakcje turystyczne Awinionu są zgromadzone w ramach  średniowiecznych murów okalających zabytkową część miasta. Wygląda to przyjemnie, aczkolwiek też nie należy się spodziewać jakiegoś wielkiego "Wow!". Można tu zwiedzić legendarny Most Awinioński i Pałac Papieski. Jest to też dobra baza wypadowa do sąsiednich miasteczek i wsi. Bonnieux natomiast tworzy baśniową atmosferę, a łażenie po nim było niezwykle relaksujące mimo "piętrowego" ułożenia.

5. Goult i Lacoste - Jednego dnia zaliczyliśmy trekking do tychwsi, a na koniec zawinęliśmy do Bonnieux. To było super połączenie! Goult i Lacoste ze swoimi krętymi, kamiennymi uliczkami i urokliwymi zaułkami, robią czarujące wrażenie, ale są to bardzo małe miejscowości, więc dobrze je zaliczyć raczej "przy okazji". 

6. Marsylia Marsylia nie zaimponowała nam tak bardzo jak pozostałe miejsca, które odwiedziliśmy i raczej jeżeli jeszcze kiedyś tu będziemy, to raczej przy okazji dalszej podróży np. po Lazurowym Wybrzeżu, niż celowo aby spędzić tu np. weekend. Brakuje w niej zieleni (rośliny rosną w ogromnych doniczkach...), jest dość tłoczna i trochę brudno. Dobrze się bawiliśmy za to w dzielnicy Le Panier.

7. Orange - Orange w zasadzie ma do zaoferowania tylko jedną główną atrakcję - ruiny starożytnego teatru rzymskiego. Jeśli mamy sporo czasu, można wpaść do tego miasta, ale nie jest to zdecydowanie must-see Prowansji. Samo miasto nie jest szczególnie porywające z turystycznego punktu widzenia. 

To sporo informacji jak na jeden post, ale mam nadzieję, że okażą się one inspirujące i przydatne przy okazji Waszego planowania podróży do południowego regionu Francji 😊


Komentarze

Popularne posty